RSS
czwartek, 09 czerwca 2011
17 lutego 2011, czwartek. Sanchi, Bhopal (Mathya Pradesh)

Dzień, którego spokojnie mogłoby nie być. Obwożone taksówką po owszem, interesującym Sanchi, ale wszystko to jakieś takie w cieniu tej potwornej nocy, a poza tym dzisiejsze miejsca można by w godzinę zwiedzić i spadać.

bawoły, którym się też nie wiedzie najlepiej

W ogóle obie jesteśmy najbardziej chyba zmęczone wszechobecnym brudem – i to straszliwym, wiekowym, obecnym na twarzach dzieci, wgryzionym na stałe – a może wrośniętym - w zmarszczki mimiczne dorosłych, widocznym na białych (najczęściej spotykanych) koszulach i spodniach Hindusów... Brudno jest w hotelach, zupełnie niezależnie od ich ceny, brudne są kuchnie, gdzie wszystko się lepi, kible, których dziw, że muchy nie przenoszą z miejsca na miejsce. Na wczorajszym dworcu w Satnie brudny kelner napełnił czajem, brudne, używane JEDNORAZOWE kubeczki papierowe i poszedł je sprzedać pasażerom. Na myśl o tym, że z ochotą piłam taki czaj, zrobiło mi się słabo. Wszędzie karaluchy, wszędzie śmierdzi moczem. Brud nie jest z dziś ani sprzed tygodnia. To nigdy nie myte łazienki w pięciogwiazdkowych hotelach, nigdy nie sprzątnięte rozlane oleje czy inne ciecze w kuchniach i ubrania prane, ale na pewno nie w tym miesiącu. Wbrew pozorom, nie dotyczy to wcale wyłącznie najbiedniejszych. Bogato zdobione sari zamożnych kobiet i drogie, europejskie ubrania, do których nosi się złote zegarki są czasem aż lepkie. Najwyraźniej brud jest tu czymś zupełnie oczywistym i nikomu nie przeszkadza.

***

stupa w Sanchi

W Sanchi stoi przepiękna buddyjska stupa z czasów Aśoki, której urok pewnie bardziej bym doceniła, gdybym była wyspana, i gdyby kierowca nie gonił nas tak bezlitośnie.

sanchi - stupa brama stupy

Rzeźby są tak misterne że czasem aż się zawieszam patrząc na te ornamenty. Koło stupy pasą się króliki. Rzecz jasna, zostawiam antyczną stupę i lezę do głupich królików. Cała ja.

 buddyjski królik:-)

Następny przystanek to zespół rzeźb w skale (niestety nie zapisałam nazwy tego kompleksu i teraz nie mogę sobie jej przypomnieć), bardzo zniszczonych ale i tak imponujących. Wiśnu, Ganeśa i Lakśmi, tylu ich zdołałam zidentyfikować.

ganeśa w skale1  

Oprowadza nas nie mówiący po angielsku przewodnik-nie przewodnik  – znów po prostu „Gość, Który Podszedł”. Mówi coś, z czego wyławiamy tylko czasem imiona bogów i nic więcej, ale jego gorliwość wskazuje, że będzie chciał pieniądze, więc robię się nerwowa i nie mogę jakoś się rozkoszować w pełni tym miejscem, tylko biegam za nim po skałkach. Ale Ada, zdolna dziewczyna, grzecznie dziękuje po skończonej prezentacji – o którą żadna z nas nie prosiła – i odchodzi, co o dziwo, skutkuje. W sumie może i facet był rzeczywistym pracownikiem owego miejsca. Zła jestem sama na siebie, bo znów w usiłowaniu zadowolenia całego świata mało, że nie zadowalam nikogo, to jeszcze rozwijam w sobie jakieś bezsensowne fobie. Co mnie w zasadzie obchodzi, czy ktoś będzie chciał ode mnie pieniędzy, czy nie, skoro i tak ich nie mam, a nikomu żadnych nie obiecywałam...?

Wisznu we wcieleniu dzika

I na tym kończą się warte obejrzenia miejsca. Kierowca wiezie nas do Bhopalu, który jest miastem brzydkim i budzącym we mnie tęsknotę za kolejnym pociągiem, byle dalej stąd. Kojarzy mi się trochę z jakimiś Gliwicami, trochę z Ostravą czy Havirovem – nic starego, ale też nie nowocześnie, gdyby nie to, że to Indie, to bym powiedziała „wybudowane za Stalina”. Jęczę, żem głodna i jest to duży błąd. Kierowca zawozi mnie do restauracji, które chyba jest najdroższa w dystrykcie. Chcę zjeść cokolwiek, a muszę wywalić 500 Rs, czego w planie nie było.



Adzie znow wariuje żołądek, więc nie chce ze mną siedzieć w restauracji i mimo oczywistej brzydoty tego miejsca idzie połazić. Znalazła miejscowy supermarket, do którego weszła i opowiada potem: wejście obstawione, tam dochodziło do pierwszej selekcji, po prostu „nieodpowiedni” klienci nie zostawali wpuszczani. Musiała też pokazać, co ma w torbie przed zakupami. W sklepie cały czas łaził za nią strażnik, informując ją na temat każdego towaru, przy którym się zatrzymała (swoją drogą – co za praca, mówić klientom, że to jest mąka, a to – ziemniak). Potem do kasy, później sprawdzano, czy to, co ma w koszyku zgadza się z rachunkiem i ostatnia kontrola torby – przy wyjściu. Do tego asortyment sklepu był dość ubogi, więc kompletnie nie wiemy, z czego wynikały te wszystkie środki ostrożności. Zastanawiamy się, czy naprawdę takie tu złodziejstwo, czy chodzi raczej o miejsca pracy dla kolejnych kilku osób. Chyba raczej to drugie, bo ja, kupując ciasteczka,  obsługiwana byłam przez 7 (siedmiu!) pracowników: czterech przy samych ciastkach, następnie musiałam wziąć wypisany kwit, z którym poszłam do kasy, tam gość wprowadził dane do komputera (przysięgam, że nie kupowałam żadnej nieruchomości) zainkasował pieniądze, inny przystawił pieczątkę, jeszcze kolejny oddarł kupon z rachunku i z tymże mogłam dopiero wrócić do lady i odebrać swoje biedne ciasteczka.

W każdym razie opuszczamy Bhopal z radością. Jedziemy do Radżastanu, gdzie nie czekają na nas raczej żadne zabytki, ale za to dużo kolorów i pięknych – ponoć – ludzi i strojów. Chcemy się tym nacieszyć.

W pciągu mam chyba najgorsze z możliwych miejsce, środkową półkę. Nie da się tam usiąść, można jedynie leżeć, więc leżę, niewyspana po ostatniej nocy w pociągu, i na przemian to budzę się, to zasypiam, chodzę palić do śmierdzącego kibla i jakoś ta podróż zlatuje.

my:-)



czwartek, 26 maja 2011
16 lutego 2011, środa. Khajuraho.

z Sarasvati

Dziś przykleja się do nas dla odmiany dziewczynka. Nazywa się Sarasvati. Jest wyjątkowo piękna... i znów nie da się jej pozbyć. Nie mówi wiele, jest nieśmiała, ale twardo idzie koło nas, choć sadzimy duże susy. W odrożnieniu od innych dzieci o nic nie prosi, po prostu maszeruje obok. Jedną z naszych licznych teorii jest, że może znajomość z turystą jest w jakiś sposób nobilitująca? Arun wczoraj opowiadał nam o „przyjaciołach z każdej części świata”, jakich ponoć posiada. Rozumiem, że zaliczenie trasy z turystą jest jednoznaczne z owej przyjaźni zawarciem. Robię wredny numer, wstydząc się go od początku, po prostu zaciągam Adę do restauracji hotelowej, gdzie wiem, że małej nie wpuszczą, i w tej sposób odczepiam wagonik. Ale gdzie tam – przez okno widzimy, że mała stoi na chodniku i czeka na nas. Czekała długo, zrezygnowała po ponad pół godziny...

***

zwiedzający pod świątynią

Jeszcze raz idziemy do owych "bezpłatnych" świątyń, z terenu których widać bardzo dobrze świątynie w zamkniętym areale. Ale jednak właśnie przy tych "naszych" jest świątynka Ganeśi, jest i święte drzewo... nie wiem, czy mam rację, ale zdaje mi się, że świętymi są chyba zawsze tylko drzewa banyanowe, wypuszczające z gałęzi ukorzeniające się pędy. Prócz figowca w Bodhgaya, które świętości nabrało z racji tego, że Budda doznał pod nim oświecenia, wszystkie drzewa ozdobione przeróżnymi ozdobami, dzwoneczkami i z naczyniami ofiarnymi u stóp - to banyany właśnie. Ada mówi, że są obecne w wielu starych indyjskich bajkach i często odgrywają w nich ważną rolę.

święte drzewo przy świątyniach

Składam ofiarę Ganeśi. Ofiara to liść z zawiniętymi w nim kwiatami, zamknięty patyczkiem. Sprzedają je ludzie, siedzący pod świątyniami. Do nas podeszła mocno starsza kobieta, błogosławiąc i dając nam obu te liściane ofiary. Tłumaczymy, że nie mamy pieniędzy, że nie trzeba, ale ona wciska nam zawiniątka i odchodzi. Po dłuższe chwili jednak podchodzi znów i żąda pieniędzy. Ja nie mam już swojej ofiary, Ada jeszcze tak – wkurza się i oddaje ją kobiecie, zwłaszcza, że ta nie jest już wcale miła. Sprzedających owe ofiary jest dość pokaźna ilość, to bardzo biedni i zazwyczaj w podeszłym wieku ludzie, często mają też żebracze miseczki, więc pewnie to tylko jedno ze źródeł ich dochodu.

sprzedawca ofiar dla bóstw

Łażąc po "otwartym" kompleksie natykam się na pilnowany przez strażnika i zamknięty kratą rodzaj placyku, na którym aż gęsto od świątynnych rzeźb. Bóg jeden raczy wiedzieć, co tam robią. Może i czekają na konserwację, ale równie dobrze mogą być rozsprzedawane do prywatnych czy muzealnych zbiorów, nierzadka to tu praktyka. Udaje mi się trzasnąć zdjęcie pod nieobecność strażnika.

'magazyn' rzeźb świątynnych

Mimo niewątpliwego piękna tego miejsca, mam już go zdecydowanie dość i chciałabym pojechać dalej. Czuję się tu, jak zamknięta w słoiku, na którym każdy rozpłaszcza swój nos. Każda próba przejścia przez ryneczek to chwila grozy, bo sprzedawcy ciągną do swych sklepików wcale nie w przenośni. Zwyczajnie, ciągną. Podejrzewam, że zachowanie pokoleń wcześniejszych turystów wszczepiło miejscowym przekonanie, że Europa przyjeżdża tu li tylko po zakupy, ewentualnie powozić się rikszą. Mój brak zainteresowania dla kaszmirowych szali czy wszelakich przewoźników (z których większość zajeżdża nam drogę na i tak zatłoczonych jezdaniach, by zapytać, czy się przejedziemy) jest dla nich niezrozumiały. Myślę, że mniej obraźliwe byłoby moje zachowanie, gdybym choć pozorowała próby stargowania ceny i dopiero wtedy odchodziła – szkoda mi jednak czasu na takie zabiegi. Zresztą – w imię czego? Podoba mi się podejście Ady, która uważa, że jeśli o nic nie prosi, to również nie ma żadnych zobowiązań. Logiczne, ale dla mnie ciężko wykonalne, więc tłumaczę się jak pipka przed wszystkimi sklepikarzami, riksiarzami i przewodnikami z bożej łaski.

chwila oddechu

Po południu spotykamy znów naszych satelitów z wczoraj. Próba ucieczki nie ma sensu, jesteśmy otoczone. Z Aruna wyłazi wyznanie, że kocha Adę. Zakochał się od razu. Wczoraj? Tak, wczoraj. Na szczeście Golu się nie zakochał, bo musiałabym go chyba znokautować i uciec. Arun plecie o miłości, złamanych sercach; znów ten sam shit, czy naprawdę Hindusi mają w głowie takie siano?! Czy ich wyznania są prawdziwe, że to tylko jakiś chwyt?...tylko co miałby mieć na celu? Chłopak chyba już wie, że nie skonsumuje „związku”, przynajmniej nie w tym roku (bo twardo pyta, kiedy znów przyjedziemy), czy to platoniczne uczucie (bo załóżmy, że nim jest) tak bardzo rozpala jego duszę, że jest gotów trwać w nim pomimo odległości i czasu...?

Golu gdzieś się zmywa, ale nam nie wolno – mamy zjeść z Arunem obiad i nie ma, że nie. Zgadzamy się, bo co robić.

Obiad ma być żarty u brata Aruna, w jego hotelu, gdzie Arun również pracuje. Ja jak zwykle proszę o wrzątek na kawę i dowiaduję się, że mam iść i sobie nalać – no, to idę. I nie był to dobry pomysł. To, co widzę w kuchni sprawia, że żołądek zwija mi się w ciasny węzeł. Wszystko jest pokryte warstwą tłustego brudu, nigdy bez wątpienia nie zmywanego. Wszystkie słoiki, kubki, łyżeczki potwornie, ale to straszliwie brudne. Odnoszę wrażenie, że myte (i to dość umowne określenie) są tu tylko rzeczy wynoszone do gości. Staram się nie patrzeć na podłogę, bo wiem, że się rusza.

z młodszym bratem Arunem

Na zewnątrz za to odbywają się sceny dantejskie. Arun prawie że na kolanach przekonuje Adę  miłości swej dozgonnej, która jest silna jak... nie pamiętam już, płomień chyba. Ja tam wcale nie mam lepiej, bo mam Adzie „wytłumaczyć”. Nie wiem jednak po co, ja próbuję wytłumaczyć coś jemu. Ale on wcale mnie nie słucha. Jestem jego „sister” (older sister) i mojej... przyszłej bratowej mam powiedzieć, że on bez niej żyć nie może. Na stół wjeżdża jedzenie. Staram się nie myśleć o miejscu, z którego przybyło. Pływa w oleju ryż z warzywami. Ja to pikuś, ale beztłuszczowa Ada biedna będzie, gdy to zje, a musi, bo Arun chyba by wyrwał sobie wszystkie włosy z głowy, gdybyśmy nie zjadły z nim owego obiadu pokoju. Gdy w końcu pora jechać na dworzec, obie oddychamy z ulgą.

Wyjeżdżamy z Satny, już nie tak pro-turystycznego dworca, a więc brudnego i takiego, jaki ma być indyjski dworzec. W dodatku miejscowi gapią się na nas straszliwie, niekoniecznie przyjaźnie. Odważniejsi podchodzą nawet i pytają, wyraźnie tylko po to, by zaspokoić ciekawość – znów o imię, kraj pochodzenia... Mniej odważni trwają wpatrzeni, przerzucając się uwagami na nasz temat ze swymi towarzyszami. W pociągu mamy różne miejsca, dość daleko od siebie. Próbujemy dogadać się z podróżnymi, czy by się ktoś nie zamienił, ale odpowiada nam głucha cisza i tylko te wpatrzone w nas, nieżyczliwe gały. Idę w końcu spać więc do siebie, a Ada do siebie, ale obie nie śpimy. Leżę na górnej pryczy więc światło świeci mi w oczy, boli brzuch od arunowego obiadu i w ogóle jest straszliwie.

08:53, bergitka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 maja 2011
15 lutego 2011, wtorek. Khajuraho (Madhya Pradesh), hotel Harmony.

Wysiadamy w Khajuraho. Marzę o kawie i chyba nie myślę o niczym więcej. Bardzo czysty dworzec, czyste przydworcowe ulice, nie ma w ogóle żebrzących. What the fuck?!

Nikt na nas nie czeka, wychodzimy więc rozprostować kości. Oganiamy się trochę od taksówkarzy, z których każdy chce nas wieźć już do konkretnego hotelu. Mówimy im, że dzięki, że mamy już i taksówkę („to czemu nie jedziecie, jak macie?” – no, fakt) i hotel; gdy mówimy, jaki, mówią: „o, to macie najlepszy”. Zupełnie odwrotnie byłoby w Europie. Na pewno dowiedziałybyśmy się, że mamy najgorszy i żeby jednak jechać do tego, do którego oni nas zawiozą. Czasem nie rozumiem, jak tu funkcjonuje biznes.

W końcu Ada dzwoni do hotelu i taxi się pojawia.  Zaczynam się dziwnie czuć. Cała ta czystość i ulice wymiecione z ubogich budzą moje podejrzenia. To bardzo turystyczne miasteczko, przyjechałyśmy tu po prostu zostawić pieniądze i to założenie jest bardzo wyraźne. A ja wciąż chcę zobaczyć Indie od innej strony, tak, jak i Ada, więc gdzie tylko się da, pchamy się tam, gdzie nas nikt nie zaprasza, w wąskie uliczki, targowiska not-for-tourist, między psy i kozy, choć i tak nie mamy szansy wtopienia się w tło z naszymi twarzami.

klientka sklepu w Khajuraho

Hotel również czysty, super elegancki – jeszcze takiego nie miałyśmy. Fajnie, tyle, że przy następnej wyprawie zrobię wszystko, żeby mieszkać, jeśli będzie to możliwe, u ludzi. W każdym hotelu jesteśmy bardzo dokładnie spisywane. Wolę nie zastanawiać się, jaki jest tego cel, w każdym razie wszędzie muszę podać nr wizy, z jakiego miasta teraz przyjechałam i dokąd pojadę, oczywiście adres w Londynie, zawód... również legitymuje się nas, gdy korzystamy z "publicznego" internetu. Dlaczego tak? nie wiem.

Doprowadzamy się do ładu, piję kawę. Wychodzimy z hotelu i zaczyna się piekiełko - miejscowi obstępują nas i ciągną, każdy do swojego sklepiku, kramu, stoiska, rikszy... Nie musisz kupować, tylko popatrz. Ale rozkładam przed tobą wszystkie swoje towary, poświęcam ci czas, więc jeśli nic nie kupisz – to afront.

widok na świątynię

Co rusz przykleja się do nas ktoś i po prostu z nami lub za nami idzie, choć mówimy, że chcemy być same. Ludzie jednak nie rozumieją lub udają, że nie rozumieją. Ledwo udaje nam się pozbyć dwóch młodych kolesi (musiałyśmy uciec), pojawia się kolejny, któremu również klarujemy, że nie chcemy towarzystwa. Ale on twardo idzie z nami, chce nam pokazać świątynie. Po to tu przyjechałyśmy, prawda? To on będzie naszym przewodnikiem, nie, nie chce pieniędzy. A czego chce? Niczego. Zupełnie. Pokaż nam więc, gdzie są świątynie, ale CHCEMY BYĆ SAME! Tracę cierpliwość szybciej niż Ada (ona w ogóle raczej jej nie traci), czuję się osaczona i chyba zaczynam być niegrzeczna, bo znów musimy przechodzić przez serię pytań, która zawsze jest taka sama: imię, skąd jesteśmy, gdzie byłyśmy w Indiach, ile jeszcze będziemy i czy się nam podobało. No, i czy mamy mężów, dzieci? Tu dochodzi jednak nowy element, mianowicie: czy przyjechałyśmy do Khajuraho studiować tantra-jogę? Bo on może być naszym nauczycielem. Przecież wszyscy turyści przyjeżdżają tu jako do stolicy tantra-jogi. Przedstawia nam ową ofertę jak każdą inną, nie mrugnąwszy nawet okiem.

płaskorzeźby czyli tantra-joga w sztuce2

Ma bardzo szczególną urodę, jak na Hindusa – mocno skręcone włosy, dość negroidalne rysy twarzy, krótki i perkaty nosek. Pytamy go, czy jest żonaty, bo ma spokojnie 30 lat lub więcej, ale o dziwo, nie jest, o czym mówi z uśmiechem, choć to nieszczęście w tej części świata.

wioska koło Khajuraho

Próbujemy się jakoś wykręcić od towarzystwa, idziemy szybko, kluczymy po wioskach, do których chyba jeszcze żaden turysta nie zajrzał – nie żałuję. Wioski, w odróżnieniu od odpicowanego miasta, są bardzo ubogie.

studnia we wsi przy studni

Miejscowi patrzą na nas z niekłamanym zdziwieniem, dzieci tłoczą się i wraz z Arunem gonią za nami, choć ten ostatni jest długodystansowcem, niestety. Pierwsza „świątynia”, którą zaoferował się nam pokazać, okazuje się domowym ołtarzem w czyimś domu w jednej z wiosek.

jedna z licznych świątyń

Z każdej strony na horyzoncie widać świątynie z piaskowca (jest ich tu ponad 20), choć niektóre z nich są dostępne tylko po zakupie biletu wstępu, a tego, rzecz jasna, nie zamierzamy robić. Arun jednak nadal trwa w zamiarze pokazania nam wszystkich świątyń Khajuraho. Zawieramy z nim umowę – pokaże nam świątynie i rozstaniemy się. Po drodze dołącza do nas kolega, młody chłopak, Golu, i odtąd chcąc nie chcąc, ciągniemy razem. Widać już, że się szybko nie uwolnimy.

szpital koło Khajuraho...

Nie mogę się pozbyć wrażenia, że panowie dogadali sobie podział zadań, bo Arun gada do Ady, a mi Golu nawija makaron na uszy. Pyta mnie o wiek, więc z satysfacją odpowiadam, że mam 38 lat, bo dzieciak ma niewiele ponad 18 – próżne jednak moje nadzieje. Dowiaduję się, że jemu różnica wieku nie przeszkadza! W czym, kurwa, nie przeszkadza??? Ponieważ nadal nie wiem, jaki w Indiach jest status gejów i lesbijek, nie wychylam się z główną informacją, która zapewne i pomogłaby się ich pozbyć, ale może też i zawiodła do miejscowego pierdla, a ze mną nie daj boże bogu ducha winną Adę. Zresztą niebawem mija nas gość na rowerze, a Arun dzieli się z nami poufną informacją, że to gej właśnie. Próbuję się dopytać, czy to tu karalne, czy facet ma kłopoty, ale dostaję jedynie enigmatyczne stwierdzenie, że „It’s not good in India”, co może znaczyć dokładnie wszystko.

Gadają bezustannie, jesteśmy wymęczone. Hindusi kompletnie nie rozumieją potrzeby izolacji, co tam, spokoju nawet, ciszy, milczenia. „Chcesz medytować – to idź do świątyni” – słyszymy. Najwyraźniej tu samotność – to przekleństwo i nikt nie wyobraża sobie, że można być samotnym z własnej woli. Oferując nam więc towarzystwo dają nam to, co w ich rozumieniu świata jest niezbędne. Ja jednak, skażona zachodnim izolatorstwem, nie potrafię tego docenić, a rozdrażnienie przechodzi w hamowaną z trudem wściekłość.

rzeźby w świątyni

Tak więc, gdy w którejś z kolei świątyni mówimy im z całym zdecydowaniem, na które nas stać, że chcemy zostać same – rozumieją w końcu, lecz... obrażają się. I to bardzo. Szli przecież z nami taki kawał, poświęcili tyle czasu, a my ich teraz odsyłamy! A więc na pewno jesteśmy na nich złe, co takiego zrobili? Nie lubimy ich, a może nie lubimy „czarnych”? Od tego steku bzdur puchnie głowa i zostaje przykry niesmak, jakbyśmy naprawdę ich wykorzystały i odtrąciły. Ale wreszcie, nareszcie, siadam spokojnie pod świątynią i mogę posłuchać własnego oddechu...

wreszcie sama

Świątynie są naprawdę imponujące. Wszystkie w podobnym stylu, od góry do dołu pokryte przepięknymi płaskorzeźbami wyobrażającymi sceny z Kamasutry.

płaskorzeźby czyli tantra-joga w sztuce

Większość z nich jest bardzo śmiała, wcale też nie ograniczają się do tradycyjnych, męsko – damskich konfiguracji. Czasem jest to dwóch mężczyzn, często całe mieszane grupy. Z pewnym zdziwieniem odkrywam w jednej z nich nawet... konia, wykorzystanego, że się tak wyrażę, dość kompleksowo.

koń też człowiek

Wracamy więc same, pełne wyrzutów sumienia. Usiłujemy rozszyfrować zagadkę prawdziwych intencji Aruna i Golu. Możliwości jest niemało, ale pewnie i tak nigdy nie dowiemy się prawdy, możemy sobie tylko spekulować.

W drodze powrotnej wcale nie jest lepiej. Wciąż ktoś nas ciągnie do swego kramiku, tym bardziej, że nie mamy już towarzystwa, które, jakkolwiek uciążliwe, chroniło nas jednak przed natarczywością kupców. W mieście Ada idzie oglądać srebro, które okazuje się być oszukane.

Posrebrzane wyroby, albo ze srebra 520 czy 250 – co widać gołym okiem nawet takiego laika, jak ja – wszystkie opatrzone są próbą 925! Dopiero gdy Ada mówi ostro: THAT’S NOT SILVER, sprzedawca niechętnie przyznaje, że chyba nie, ale nadal „nie wie dlaczego” jego wyroby opatrzone są nieprawdziwą próbą. Mi natychmiast przechodzi chęć do kupowania czegokolwiek. Rozumiem wszystkie handlowe tricki, zabiegi mające na celu zjednanie sobie klienta, ale takie prymitywne oszustwo po prostu jest obraźliwe. Twardo postanawiam sobie kupować tylko to, czego sfałszować się nie da, i wyławiam w jednym z kramików pięknego, kamiennego, ażurowego słonika, we wnętrzu którego jest drugi, mniejszy. Nierówności i rysy na kamieniu wskazują na ręczną robotę, a słonie w ogóle są „moimi” zwierzętami. Dla ojca kupuję jeszcze dwie talie kart z figurami ze świątyń, choć nie wiem wcale, czy gra jeszcze w karty. Obie też zaopatrzamy się w mapę Indii. Sprzedający początkowo chce nam ją wcisnąć za 150 Rs, stopniowo jednak schodzi do 15. Po dokładniejszym obejrzeniu odkrywamy, że to mapa z agencji turystycznej, przeznaczona do bezpłatnej dystrybucji, ale co tam.

Wychodzimy z jednego sklepu – podbiega znów kilku sprzedawców: byłyśmy u tamtego w sklepie, czemu nie chcemy wejść i do nich? To nie w porządku! Łamiemy im serca – czy chcemy, by ktoś złamał i nasze? To nic, że nie mamy pieniędzy, o pieniądze im nie chodzi, tylko o to, byśmy obejrzały ich towar, itp, itd... To, co na początku mnie śmieszyło, teraz zaczyna już naprawdę drażnić. Wiem, że moje próby wyjaśnienia, że nie jestem jedną z zamożnych turystek z zachodu nie byłyby w ogóle zrozumiane, więc tylko uśmiecham się głupkowato i łżę jak pies, że później, że za godzinę... głupia jestem, przecież każdy z nich zapamięta dziewczynę z białą twarzą i dreadami, rozliczą mnie niewątpliwie z tej „godziny”.

Tuż obok płatnego areału z zapewne najlepiej zachowanymi świątyniami jest masa wolno stojących, a jak dla mnie, wcale swą urodą nie ustępujących tamtym. Jest i świątynia "mojego" Ganeśy, zupełnie pusta. Wchodzę tam na chwilę, choć robi się już chłodno i mniej chętnie ściągam buty i w tej tempetaturze. W środku śmierdzi moczem, jak w większości indyjskich świątyń, ale komu by to przeszkadzało. Choć nigdy pewnie nie przestanę się zastanawiać, czy to ludzkie, czy zwierzęce siuśki. Ta świątynia jest dużo skromniejsza, może dlatego też nikogo w niej nie ma. Oprócz Ganeśy i mnie.

w gościach u Ganeśy

Po kilku godzinach znów spotykamy Aruna. Znów tłumaczenie, znów brak zrozumienia... Golu z nim, na szczęście, nie ma, a Arun wyraźnie ciągnie do Ady, co wcale nie znaczy, że ja mam spokój.

Arun&Ada

Ciągnie nas na czaj, który mamy z nim wypić na znak przyjaźni, on niczego nie żąda ponad tę przyjaźń właśnie. Ma dużo pieniędzy, ma pracę. Pytamy, po co mu przyjaźń z kimś, kogo widzi po raz pierwszy i pewnie ostatni w życiu. Ada klaruje mu, czym dla niej jest przyjaźń, że to proces, długotrwały, wymagający wielu prób. Arun jest gotów każdej z nich się poddać, natychmiast. Udaje się nam odmówić owego czaju, ale znów jesteśmy te złe i znów „na pewno go nie lubimy”. Gdy tylko Ada wychodzi wieczorem po papier toaletowy, zostaje jednak na rzeczony czaj zaciągnięta, bo Arun... czekał przed hotelem.

dziewczynka w Khajuraho

W jednej z wiosek spotykamy dziecko, które koniecznie chce wymienić na rupie... banknot 10-złotowy. Dzieci, niezależnie od wieku, niestety są równie namolne, co dorośli, i choć na początku nie potrafiłam nie odpowiedzieć dziecku, to po pewnym czasie olewam również je i także z tego powodu mam niesmak. Zdaje się, że są uczone przez dorosłych, jak rozmawiać z cudoziemcami, uczone, by prosić o prezenty, bo robią to już w pierwszym zdaniu. Wygląda to mniej więcej tak: „Hello, madam! Which coutry? Poland - beautiful (jednak „beautiful” okazuje się również być Macedonia, Lumbago i Embargo)! Have a chocolate? candy? pen? rupee? have ANYTHING?” ...i nie są to wcale te najbiedniejsze dzieci, z lepianek, ale na przykład chłopiec w mundurku i z tornistrem. Nie jest łatwo nabrać do tego dystansu, bardzo za to łatwo nabrać chorego i nieuzasadnionego poczucia wyższości. Wiem, że wielu moich znajomych po raz kolejny pierdoliłoby mi o wyższości białej rasy, więc już teraz robię selekcję tego, o czym będę opowiadać, a co przemilczę. Wszystko to smutne, a dla samych dzieci - nie rokuje dobrze na przyszłość. Kim się staną? Kolejnymi Hindusami, proszącymi uniżenie „sir” czy „madam”, by weszli do jego sklepu, i tylko popatrzyli...



piątek, 13 maja 2011
14 lutego 2011, poniedziałek. Varanasi.

śpiący nad Gangesem

Budzę się wcześnie, to ostatni dzień w tym miejscu, a ja nie chcę wyjeżdżać. Na brzegu Gangesu śpi sporo ludzi, lecz jogini już się obudzili. Święta rzeka wydaje się spokojna, a przecież ma tak silny nurt.

 poranny jogin

Ruszamy nad Ganges, popatrzeć na pracę praczy. Nie ma jeszcze turystów, tylko pracujący Hindusi. Tu, inaczej niż w Europie, nikt nie czuje się obrażony ani nagabywany, gdy się przystaje i na niego patrzy. Również miejscowi oglądają nas, jak tylko chcą.

córeczka pracza

Pracze stoją po kolana w wodzie, tłuką kijami w sztuki bielizny. Są chudzi i żylaści. Piorą duże sztuki, głównie pościele z hoteli. Nie wygląda, by ktoś zżymał się na ciężką pracę, jaką musi wykonywać (wręcz zdaje się, że jej posiadanie to tu błogosławieństwo). Pokora czy rezygnacja? Czy w tak skrajnie trudnych warunkach życiowych należy jeszcze walczyć o poprawę losu, czy lepiej pogodzić się z nim i starać się po prostu przeżyć życie najlepiej, jak się potrafi? Zdaje się, że biedni w Indiach wybierają tę drugą opcję, w przekonaniu, że pokorne znoszenie tego, co życie im przynosi, to lepsza karma, lepsze następne wcielenie. Więc również „pracują” na swą przyszłość, choć nie po europejsku pojmowaną, odleglejszą...

pracz

Stary, zgarbiony pracz przynosi na plecach do hotelu tobół z bielizną pościelową. Jest czysta i poskładana. Każdą z nich wyjmuje, wygładza, skrupulatnie liczy.

Idziemy jeszcze pożegnać się z „naszym” sadhu, którzy dziś już nie rozmawia, milczy, o czym uprzedził nas wczoraj. Jednak i na migi można się z nim całkiem przyzwoicie porozumieć. Na czole ma wymalowany trójząb Śiwy, którego wczoraj, gdy mógł rozmawiać, nie miał. Stajemy do fotki w najgorszym możliwym stylu:-)

zbiorowka z 'naszym' joginem

Wypijam w nadbrzeżnej budce kawę, sikowatą, jak tradycja każe. Muszę kupić rozpuszczalną kawę – moja się prawie skończyła, a to jedna z niewielu rzeczy, bez których nie funkcjonuję. Czy jednak naprawdę „niewielu”? lubię o sobie myśleć jako o kimś o niedużych potrzebach, ale to, co obserwuję teraz wokół siebie, weryfikuje, niestety, to, jak na siebie patrzę. W rzeczywistości jestem i przywiązana do rzeczy, i roszczeniowa, i wcale tak dobrze nie umiem zadowalać się małym. Czy umiałabym wieść takie życie, wiedząc, że nie mam gdzieś, w innej rzeczywistości, bezpiecznej przystani? Wracając do kawy – łażę po kramikach, szukam czegoś w miarę zbliżonego do znanej mi wersji kawy rozpuszczalnej. Tu jednak znajduję tylko dwa jej rodzaje, w tym jedna otwarcie przyznająca się do 50% zawartości cykorii (i chyba tę zawsze serwują restauracje), druga to czarna Nesca, w której o cykorii nie ma mowy, ale mi się zdaje, że ją wyczuwam, a poza tym nigdy jej nie lubiłam. Kawowa hrabina, szlag. W końcu kupuję parędziesiąt kawowych „jednorazówek” i obiecuję sobie solennie, że na następny wyjazd wyposażę się staranniej.

Kolejny sadhu zatrzymuje się naprzeciwko nas, z uśmiechem czeka, aż Ada zrobi mu zdjęcie i z tym samym uśmiechem odchodzi, nie żądając pieniędzy.

sadhu nad Gangesem

Mieszkańcy żują betel – miejscowa nazwa to ‘paan’. Próbujemy się dowiedzieć, czy  jest tu legalny, ale otrzymujemy różne informacje. Chyba nie jest, choć wszyscy mówią nam, że Varanasi to stolica owego ‘paan’, w skład którego prócz liścia betelu wchodzi jakieś biały proszek, który nie wiem, czym jest, prawdopodobnie wapniem. Przeżuwacze mają piękne, cynobrowe uzębienie, a wszystkie ściany w mieście są do wysokości pół metra zaplute na czerwono. Nie mam jasności, na ile to używka o działaniu pobudzającym a na ile odświeżacz oddechu. Bez wątpienia jednak te czerwone zęby i ściany to miejscowy znak firmowy.

O 900 przyjeżdża po nas tuk-tuk; jedziemy obejrzeć przed wyjazdem kilka świątyń. Najpierw wjeżdżamy na teren uniwersytetu Yaśi Hindu Viśvavidyalay, gdzie pożeram coś na szybko. Nasz kierowca strasznie nas pogania i jedzenie staje mi w gardle. Do Viśvanath Temple na terenie Uniwersytetu nie wchodzimy, widzimy ją tylko, przejeżdżając.

Gnamy do Świątyni Hanumana, dość sympatycznego boga o głowie małpy i muskularnym, acz nieproporcjonalnym ciele atlety. Nie jest tak popularny, jak Ganeśa, ale również ma wielu wyznawców. Próbuję uporządkować sobie w głowie tę "jedność w wielości" (każdy Hindus mówi twardo, że bóg jest tylko jeden), ale zdaje się, że to przekracza moje zdolności. Całej tej historii z chrześcijańską trójcą też nigdy nie rozumiałam.

Hanuman Mandir

Przed nami jedzie sfatygowana półciężarówka, wioząca krowie truchło. Nasz kierowca opowiada o ludziach, których profesją jest uprzątanie padłych zwierząt - na pewno z kasty nietykalnych, najniższej. Ale krowa jest z wielkim szacunkiem okryta kocykiem, widać wyraźnie, że nie jest tylko kawałem mięcha dla tych, którzy ją wiozą.

krowa w ostatniej podrozy

Następna jest świątynia Durgi, cała pomalowana na czerwono olejnicą. Zakaz fotografowania. Dostajemy – nie za darmo, oczywiście – błogosławieństwo od sadhu. Zawiązuje mi na przegubie czarny, nylonowy sznurek, niemiłosiernie go zaciskając. Sznurek jest śliski i rozplątuje się, gdy tylko go poluźniam, szybko też gdzieś go gubię.

W Sarnath - stupa Dhamekh z czasów Aśoki (czyli z III w. p.n.e. – czy to możliwe???), która powstała na miejscu pierwszego kazania Buddy. Jest ceglana, do innymi znanych mi stup zupełnie niepodobna.

stupa z III w. p. n. e.

Potem jeszcze jaińska świątynia i muzeum. Ten pośpiech mnie drażni, wolałabym móc spędzić trochę czasu przynajmniej w niektórych z tych miejsc, no, ale pociąg mamy dziś wcześnie i trzeba na niego zdążyć.

świątynia jaińska

W najciekawszej ze świątyń, Świątyni Małp, również nie wolno robić zdjęć. Znów wszędzie małpy, iskające się wzajemnie, robiące miny, śpiące... cudowne. Młode małpy wyglądają jak zmniejszeni staruszkowie, z tymi swoimi mądrymi oczyma i łysymi głowami.

***

Biegiem nad Ganges, żegnamy się z tym miejscem. Obie nie miałbyśmy nic przeciwko jeszcze kilku dniom tutaj... Pokochałam Varanasi i na pewno tu wrócę, choć pewnie o kilka rzeczy mądrzejsza.

ganges rano

A teraz, siedząc w pociągu do Khajuraho, myślimy, jak przeżyć noc w symbiozie z karaluchami, których  wyjątkowo dużo jest w tym pociągu, a mnie te istoty przerażają. Postanawiamy kupić w najbliższym mieście jakiś antykaraluszy sprej, teraz nic innego nam nie pozostaje, niż udawanie, że nic po nas nie chodzi. Ada rejestruje też jakieś myszy, tych jednak się przynajmniej nie boję, więc udaję kozaczkę i próbuję ją uspokoić, ze średnim skutkiem, bo sama wciąż czuję na sobie małe, owadzie nóżki. Wuja Burroughs miałby tu coś do powiedzenia.



środa, 04 maja 2011
13 lutego 2011, niedziela. Varanasi (Uttar Pradesh), hotel Ajaj Guest House

Jestem jednak cholernie europejska, zafiksowana na te wszystkie higieniczne rytuały, na czystość, może nawet przesadną. Wykąpałam się, już w nocy, po przybyciu do hotelu i uznaję to za dotychczasowe najbardziej zmysłowe indyjskie przeżycie;-)

A przedtem – droga z Mugal Sarai przez nocne Varanasi. To pora roku, która ponoć sprzyja ślubom (Sarasvati) i to widać - mijamy kilka orszaków weselnych.

orszak weselny nocą

Są nieprawdopodobnie kolorowe, głośne i kakofoniczne. Bije się w bębny, grzechocze kołatkami i czym się da, dużo dzwoneczków. Uczestnicy orszaku niosą na głowach coś, co – nie mogę uwolnić się od tego skojarzenia – wygląda, jak wyniesione z domu żyrandole. Radość na twarzach nie wygląda na sztuczną, choć we mnie rodzi się pytanie, z czego cieszą się ludzie, którym „od dziś” nakazano dzielić mieszkanie, płodzić dzieci i ogólnie rzecz biorąc prawie się nie rozstawać, mimo, że widzą się po raz pierwszy w życiu. Ja tam byłabym przerażona.

Brak więzi pomiędzy małżonkami, szczególnie młodymi, jest bardzo widoczna. To raczej nie z indyjskich norm obyczajowych wynika fakt, że nie widać na ulicy już nie mówię: tulących się, ale nawet trzymających za ręce par. Młoda kobieta idzie grzecznie u boku młodego (lub nie) faceta, jej twarz nie wyraża raczej niczego. Ot, mają razem ciągnąć ten wóz, to i go ciągną. Jeśli biega pomiędzy nimi dziecko, wtedy faktycznie ta łączność wydaje się być większa. Wspólnie zajmują się małym, rozmawiają z nim, a więc i ze sobą. Zaczynam pojmować, dlaczego parom, które są bezdzietne, wolno się rozwieść (a raczej mężczyźnie oddalić kobietę) – przewiduje się, że więź nigdy się nie narodzi.

varanaska krowa

Poza tym, mimo późnej nocy (jest grubo po północy) ludzi na ulicach jest multum. Otwarte kramiki – walące się budki, a może jednocześnie mieszkania? Bardzo dużo krów, ale wcale źle nie wyglądają. Zapadnięte boki znikły wraz z wiejskim krajobrazem Biharu, tu najwidoczniej zwierzaki mają czym się żywić. Krowy grzebią w stosach odpadków i wyglądają na szczęśliwe.

psiejstwo z Varanasi

Psów, jak wszędzie, też cała masa i wciąż to te same, żółte i białe, gładkowłose pieski, niestety, często zapchlone tak, że ich ciała poryte są strupami albo nawet bezwłose. Widzę też kilka małych psów innej rasy, białych, długowłosych i zadbanych (pewnie czyichś); mają również namalowany znak trzeciego oka na czołach.

Nasz kierowca (jedziemy zwykłą taksówką, co nie zdarzało się nam dotychczas często) brnie dzielnie przez chaos nocnego miasta, zgodnie z indyjskim kodeksem drogowym nieustannie gniotąc klakson. Wciska się na trzeciego, na piątego... jak się okazuje, jednak nawet w Indiach można przekroczyć granicę. Słyszę potężny huk i okno, przy którym siedzę (chwała Opatrzności, nie opieram o nie głowy, jak mam w zwyczaju) pokrywa się siateczką pęknięć, a tuż przy mojej twarzy materializuje się reflektor niemałej ciężarówki. Taksówkarz wyskakuje z pojazdu, ale nie widać po nim jakiegoś specjalnego stresu. Się popsuło, nad czym tu deliberować. Rozstaje się w zgodzie z kierowcą ciężarówki i jedziemy dalej, ale, o zgrozo, kawałki szkła zaczynają wypadać z owej”pajęczynki” prosto na kolana i resztę mej osoby. „Don’t touch, don’t worries”, powtarza kierowca i pozwala się tylko przesiąść Adzie do przodu, a ja dzięki temu mogę się przesunąć dalej od okna. W pewnym momencie zatrzymuje się, wysiada; jesteśmy zdezorientowane, co dalej – czy jesteśmy już na miejscu? I co to w ogóle za miejsce? My też wysiadamy, podchodzi jakiś dziwny kolo, nawija nam indyjski makaron na uszy, ale po angielsku nie mówi, więc raczej się nie rozumiemy. Taksówkarz oddala się bez słowa a ja po raz pierwszy w tym kraju czuję strach, bo oprócz kola są tu inni faceci i bardzo się nami interesują, pytają jak zawsze o imię, kraj pochodzenia i znów zaczynają z tymi „pięknymi oczami”. Do teraz nie wiem, o co chodziło, taksiarz wraca i jedziemy dalej.

jeden z zaułków wiodących do hotelu

Gdy w końcu docieramy na miejsce, okazuje się, że jeszcze przed nami niezły kawał na piechotę. Faktycznie, Santosh mówił nam, że załatwił hotel tuż nad Gangesem, pewnie nie da się tam dojechać samochodem. Idziemy więc grzecznie za naszym przewodnikiem, choć uliczki, w które przyszło się nam zanurzać, nie budzą mego zaufania (ponoć prowadzi nas skrótami). W porównaniu do nich Pahar Ganj to promenada w kurorcie. Przechodzimy jakimiś ciemnymi bramami, raz w górę, raz w dół, nigdy w życiu nie trafiłybyśmy tam same i nigdy w życiu bez Ady bym tędy nie poszła. Po chyba półgodzinnej drodze jesteśmy przy hotelu Elena (lub Elina, tabliczek jest kilka i wersji nazwy jak widać, też), który pogrążony jest we śnie. Gdy wreszcie udaje się dobudzić recepcjonistę (właściciela?), dowiadujemy się, że będziemy mieszkać w Ajaj, bo tu nie ma miejsc. Jestem już śpiąca i nadal brudna, więc powoli tracę cierpliwość. Wkurza mnie Santosh i jego „relax”, a przede wszystkim nasza głupota – znów widać, że wszystko to mogłyśmy załatwić sobie samodzielnie i pewnie nie tylko finansowo wyszłybyśmy na tym lepiej.

nad ranem

Jednak gdy już w końcu jesteśmy w miejscu przeznaczenia, rozlewa się w moim sercu błogość i przestaję kwękać. Okna hotelu wychodzą wprost na ghaty nad Gangesem. Rzeka w budzącym się poranku jest cicha i spokojna, widać tylko kilka niewyraźnych ludzkich kształtów, śpiących nad brzegiem i wiele przycumowanych, długich łodzi. Nasz pokoik jest wielkości sporej szafy, mieści się w nim tylko duże łóżko i na tym koniec. Czystością również nie grzeszy, ale jest balkon, z którego można, prócz Gangesu, obserwować też liczne, ganiające po gzymsach, małpy. Do świtu niedaleko. Kąpię się i zapadam w krótki, mocny sen.

ghaty nad Gangesem

***

Hindusi lubią moje włosy. Różnie je komentują, ale zawsze chcą dotknąć, zrobić zdjęcie. Kobiety szczególnie się dziwią, one same wczesują olej we włosy, by były miększe i lepiej się rozczesywały, więc ktoś, kto z własnej woli je „kołtuni”, jest dla nich co najmniej dziwny. Ale, zapewne nie chcąc narażać się Śiwie, raczej chwalą niż krytykują. Bardziej przeraża je kolczyk w wardze - często proszą o pokazanie, czy przekłucie jest prawdziwe, na wylot, pytają, czy to mnie boli i widać, że są zszokowane - co mnie już naprawdę dziwi, bo przecież w większości przypadków mają przekłute nosy, a wielkie koła, które w nich niejednokrotnie noszą, są na pewno cięższe, niż moja kropeczka w brodzie.

***

ulica

Poranne Varanasi przeraża. Tłum ludzi na ulicach, oczywiście nie zważający na ciebie w ogóle, klaksony – i wszystko to w skali ponad 3 milionowego miasta. Gdy wydostajemy się z plątaniny naszych przylegających do nadbrzeża Gangesu uliczek na wielką, ruchliwą, główną ulicę, doznaję czegoś w rodzaju ogłuszenia. Pozwalam się popychać, przesuwać, o mało nie wpadam pod dziesiątki aut i motorów. Riksze torują sobie drogę pośród tego wszystkiego i każdy rikszarz chce nas wieźć, więc każdemu musimy odmówić i to po kilka razy, bo raz – nie skutkuje. Nad całokształtem unosi się silna i mocno organiczna woń - to mieszanka wszystkiego: gnijących warzyw, odchodów zwierzęcych i nie tylko, często spotykanych pisuarów (i efektu nigdy nie spotykanych ubikacji dla kobiet), rynsztoka w temperaturze prawie 30 st. C - ale zmiksowana z zapachem kadzideł, przypraw, uformowanych w kolorowe kopce oraz samych ludzi i zwierząt. Dla niektórych może być ten zapach nieznośny, dla mnie jest tylko... charakterystyczny dla Indii. I nie wątpię, że i jego będzie mi brakować.

mieszkaniec Varanasi

Nie wiem, jakim cudem nie gubimy się z Adą. Chcemy dotrzeć na targowisko dla miejscowej ludności, ale jak na razie wciąż motamy się między stoiskami dla turystów. W końcu, zanurzając się w kolejny ciąg krzywych zaułków, udaje nam się znaleźć coś na kształt miejscowego targu – przyprawy, warzywa, ciuchy. Właściciele stoisk zachęcają nas, zapraszają do siebie. Mój numer pt. „palę, więc nie mogę” tu nie działa – do sklepów można spokojnie wchodzić z papierosem, zresztą jak wszędzie. To akurat jest fantastyczne i wiem, że po powrocie będzie mnie od nowa wkurzała niemożność zapalenia przy kawie w knajpie. Daję się naciągnąć na kupno jakichś szali – ponoć jedwabnych, ale rzecz to dyskusyjna – więc znów powiększa mi się pula prezentów. Chłopak z niesamowitą szybkością rozkłada przede mną wciąż nowe i nowe sztuki materiału, więc głupio mi jest mu odmówić, choć zdaję sobie sprawę, że tak to właśnie ma działać – skoro poświęcił mi czas i wysiłek, oczekuje, że mu nie odmówię. Ada śmieje się ze mnie, ona nie ma takich idiotycznych skrupułów, wychodząc z założenia, że skoro o nic nie prosiła, to też nie ma żadnego obowiązku kupować „z grzeczności”. I ma dziewczyna rację, to już nie pierwszy raz jakieś moje wyuczone (albo i wmówione) normy działają na moją niekorzyść. I tak się cieszę, że wykpiłam się trzema szalami; w ruch szły już też inne towary i żeby opuścić kramik, musiałam się z lekka wyrywać.

Jestem zmęczona hałasem i tłumem. Knajpka w zacisznym podwórzu – potwornie brudna – wydaje się wybawieniem. Kilka metrów od stolików siedzą trzy krowy w nastroju filozoficznym, wygrzewając się w słońcu.

knajpiane krówki

Piję kawę w lepiącym się kubku, tradycyjnie już dosypując doń dwie łyżeczki swojej, z którą się nie rozstaję, a której poziom w pojemniku niebezpiecznie się kurczy. Indyjska kawa jest tak słaba, że kolorem przypomina herbatę a smakiem – niczego nie przypomina. Czuć ją cykorią, która, zdaje się, najczęściej jest nie domieszką, lecz głównym składnikiem napoju. Zawsze też muszę długo tłumaczyć, że bez mleka i bez cukru, co jest dla miejscowych na tyle niezrozumiałe, że zdarza się mi się dostawać mimo wszystko kawę z jednym lub drugim.

kąpiel w Gangesie 

Dopiero po południu udaje się nam odnaleźć drogę nad Ganges i od razu żałuję, że nie poszłam tam od razu rano. Klimat jest niesamowity. Chętnie bym się wykąpała w Gangesie, jakby nie było, taka kąpiel zmywa wszystkie złe uczynki z tego i poprzednich wcieleń. Jednak chyba będę musiała swoją karmę próbować zmienić w inny sposób, bo Ganges nie dla mojej odporności, obawiam się. Chyba nawet nie dla odporności zdrowego Europejczyka.

kąpiel w Gangesie

Trafiłyśmy akurat na obchody święta Śiwy (w Indiach trudno nie trafić na obchody jakiegoś święta, Hindusi kochają świętować) i odbywają się liczne ceremonie. Kapłani przygotowują się do najważniejszej, odbywającej się po zapadnięciu zmroku. Siedzą w skupieniu, zwróceni twarzą do Gangesu, nie zważając na kłębiący się za ich plecami tłum.

przed ceremonią

Uwagę Ady zwraca grupa joginów, siedząca przy ghatach. Jest ich czterech, a z nimi kilku pomocników (?) i paru turystów. Jeden z sadhu szczególnie przemawia jej do wyobraźni;-) Fakt, że jest przystojny, nie mogę zaprzeczyć, wysoki, bardzo chudy, zdaje się, że to dokładnie typ Ady.

grupa 'naszych' sadhu

Wałęsamy się jeszcze jakiś czas, mogłabym tak wiele godzin, gdyby tylko zostawiono mnie w spokoju - nieustanne proponowanie przejażdżki łodzią, hotelu, ofiarnych kwiatów i wszystkiego innego, czego może pragnąć turysta, choćby o tym nie wiedział - porządnie męczy. Podobnie, jak ciągłe próby zawierania znajomości, które polegają na serii pytań o dane osobowe zakończone prośbą o wspólne zdjęcie/rupię/50 rupii/znów kupno czegoś.



Ceremonię oglądamy od strony rzeki. Dajemy się namówić na wynajęcie łodzi, jak się później okazuje, wraz z grupą ludzi. Panuje już absolutna ciemność, więc zdjęcia nie wychodzą. Nakręcam jakiś nędzny filmik, ale wątpię, żeby oddał nastrój chwili.

Ada na tle obrzędu ku czci Śiwy

Po ceremonii wracamy do joginów. Siedzą niedaleko wejścia do naszego hotelu. „Sadhu Ady” kiwa na nas, zaprasza do siebie – czemu nie, siadamy, rozmawiamy. Ada jest cała rozradowana, ja z jednej strony czuję się zaszczycona, ale pojawia się też coś na kszałt zawodu – jogini są również ludźmi, niestety. Mają niedoskonałości, jak każdy, mylą, się, czytają gazety, palą ganję i... szlugi. Częstuję ich papierosami, ale za trawę dziękuję.

jogin z Adą... ...i ze mną.

Niemniej jednak imponują mi ludzie, który robią tyle w kierunku opanowania i kontroli swoich żądz; jakże odróżnia ich to od Europejczyków. Rozmawiamy o karmie, przeznaczeniu, telefonach komórkowych i lingam-jodze, o której nie wiem zupełnie nic. Dostaję do ręki zdjęcie jogina, który na swym „lingamie” zawiesił potężny kamień – jakoś z niczym, prócz autokastracji, mi się to nie kojarzy. Mam nadzieję, że dla kobiet nie są przewidziane jakieś analogiczne praktyki, w każdym razie, ten dział jogi bez żalu pominę w swoim dalszym życiu.

Żegnamy się i wracamy do hotelu. Pytam jeszcze, ogarnięta współczuciem, czy noce nie są zimne (śpią tam, gdzie siedzą, czyli pod gołym niebem) i wywołuję ogólną wesołość – „jesteśmy przecież joginami”. No,tak.

po skończonym numerku

W hotelu chwilę podglądam onanizującą się małpę (mam nadzieję, że to nie ja tak przypadłam jej do gustu), lecz nie zdążam jej pstryknąć odpowiednio szybko. Kąpię się w zimnej wodzie i odpływam w sen. Ada zanurza się w rytuałach czyszczenia butów i polerowania sreber nie-stołowych - pewnie nieprędko wymięknie.



wtorek, 03 maja 2011
12 lutego 2011, sobota. Gaya, Bodh Gaya (Bihar)

Toalety w pociągu okazały się również być całkiem spoko, jednak fakt, że nie mogę się wykąpać, doprowadza mnie do drżączki. Nie umyję nawet zębów, bo szczoteczkę mam gdzieś głęboko w plecaku, a ten – pod pryczą. Czuję się strasznie brudna i nie piłam kawy. Rano chodzą po pociągu panowie obsługa pociągowej kuchni i zbierają zamówienia na śniadanie, no, to zamawiam kawę, a jak. Ale nie odnoszę sukcesu, nawet, gdy wlokę się za nimi aż do tej kuchni i sadzam tyłek na jakimś kufrze, zaproszona. Tłumaczę kilkakrotnie, że coffee, że no sugar, no milk, kiwają głowami, uśmiechają się, każą czekać. W końcu dostaję... indyjską herbatę z mlekiem. Wypijam, co mam robić (szczególnie, że nie pozwolono mi zapłacić), usiłując wmówić sobie, że to kawa. Do Indii nie powinno się jeździć z uzależnieniami. Muszę poczekać do wysiadki.

Swoją drogą, kuchnię w indyjskim pociągu warto zobaczyć... od kuchni. Pomieszczenie to małe a nieczyste, nie należy przyglądać się temu, co biega wzdłuż ścian po podłodze, ale za to klimat fajny. Kucharze spieszą się jak mogą, a jedzenie, które wychodzi spod ich rąk, jest smaczne. Jadłam, to wiem. Można zamówić wersję europejską, ale kto by tam jadł kanapki w Azji. Wciągam warzywa o potwornej mocy, próbując udobruchać podniebienie ćapati i obficie popijając wodą.

Na pociągowym korytarzu wisi nalepka. Na niej – poważna a uduchowiona choć cokolwiek nalana twarz jakiegoś sadhu, wraz z nr komórki i adresem mailowym. Pytamy naszego współjeźdźca z przedziału, któż to. Nowy guru, odpowiada z szacunkiem, bardzo ważny. Debatujemy (ale już tylko we dwie), jakie trzeba spełnić warunki, żeby w Indiach zostać guru, prócz wydrukowania nalepek i wejścia w posiadanie pomarańczowych ciuszków. Nie lubię czasem swego cynizmu, ale twarz na nalepce nie budzi we mnie żadnych pozytywnych spojarzeń, a sama jej tam obecność jest niczym więcej, jak ordynarną autoreklamą.

Tej nocy zrobiłyśmy ponad tysiąc kilometrów.

***

Kawa na dworcu w Gaya była również z mlekiem i z cukrem. Hindusi słodzą generalnie wszystko, dużo (raczej nie używa się miarek czy łyżeczek, cukier sypie się z góry ze słoika czy torby, i ile naleci, tyle jest) i niesłodzenie wydaje się im na tyle dziwaczne, że po prostu nie przyjmują go do wiadomości. Dworcowe automaty na herbatę czy kawę mają często już w sobie posłodzoną wodę z mlekiem, więc szansę na kawę „po swojemu” mam tylko tam, gdzie robi się ją starym sposobem, czyli z czajnika.

mieszkaniec Gaya

Na dworcowych schodach natykamy się na policjantów, prowadzących trójkę ludzi, prawdopodobnie aresztowanych w naszym pociągu. Aresztanci mają ręce skrępowane na plecach grubym powrozem, którego koniec trzyma gliniarz. Na jego „uzbrojenie” składa się... długi, gruby kij. I już. Kij noszony jest w ręku, nie tak, jak europejski nosi policjant pałkę. Z upodobaniem wywijają nimi, uderzają o dłoń. Takie tam manifestacje wyższości władzy.

Mamy niewiele czasu (wcześniejszym pociągiem dotarły byśmy na rano, ten przyjeżdża koło południa), bo już po 16 trzeba wskoczyć w kolejny pociąg. Na dworcu czeka na nas tuk-tuk kolegi Santosha, za który zabuliłyśmy z góry jak za zboże (mówił, że taniej nic nie znajdziemy:-)). Na pewno na miejscu spokojnie znalazłybyśmy tańszy, ale ta mądrość teraz już mi do niczego nie jest potrzebna. Gość ma nas zawieźć z Gaya do Bodh Gaya i z powrotem.

Lecimy jak opętani, tuk-tuk trzęsie, Ada źle się czuje, jakaś taka zielona jakby.

centrum stolicy stanu... 

Stan Bihar jest bardzo rdzenny, ludność ciemnoskóra, a stolica – Gaya – wygląda, jak uboga wioska. To najuboższy stan w Indiach, w całości rolniczy. Wielu mieszkańców nie zna hindi, po angielsku nie mówi prawie nikt. Miejscowy język, maithili, nie posługuje się devanagari. Jedyne „turystyczne” miejsce to Bodh Gaya, a buddyjscy mnisi niekoniecznie są tymi najbogatszymi turystami. Bieda jest potworna, wioski, które mijamy, składają się z lepianek, glinianek i ziemianek.

Gaya Gaya2

Wychudzeni ludzie i chude zwierzęta. Na chatach suszą się poprzyklejane krowie placki, które są świetnym opałem. Przykleja się je „jeszcze ciepłe” (na każdym odcisk dłoni), wysuszone zdejmuje się i składuje, chyba też sprzedaje (wtedy już nie śmierdzą). Widzimy kobietę dźwigającą na głowie olbrzymią tacę tych... brykietów?  Bardzo rzadko widać kogoś w europejskim stroju i są to wyłącznie bardzo młodzi chłopcy.

W Bodh Gaya  jest kilka miejsc buddyjskiego kultu. Pierwsze, do którego trafiamy, to Sujata Temple, jeszcze przez Bodh Gaya, miejsce, gdzie Sujata ofiarowała poszczącemu Buddzie ryż i mleko.

ubodzy przed Sujata Temple

Gdy wysiadamy z tuk-tuka, kierowca wygłasza nam małą przemowę, w której ostrzega, by nie dawać jałmużny ludziom żebrzącym przed świątynią. Twierdzi (i łże bez wątpienia), że ludzie ci udają, że państwo się o nich troszczy, a oni mają się świetnie, tylko, że chcą się mieć lepiej. Jeden rzut oka na rzeczonych wystarcza, żeby zobaczyć, że jest inaczej, ale też wiem, że moja jałmużna niewiele rozwiąże. Powoli zaczynam tę prawdę przyjmować, choć nie jest to łatwy proces. Sama świątynia okazuje się być maleńką budowlą w równie maleńkiej wiosce, szalenie ubogiej, z chatkami glinianymi o słomianych dachach, krzywymi... a proszących o jałmużnę faktycznie bardzo dużo jak na tak małe miejsce. Posągi w świątyni wyglądają jak figury z papier-maché i są wściekle kolorowe. Kompletnie nie mogę wczuć się w świętość tego miejsca, które wygląda jak trochę krzywy domek dla lalek. Ale jest kilku buddyjskich mnichów, którzy najwyraźniej tego problemu nie mają i są bardzo skupieni.

Sujata Temple Sujata Temple

Gnamy dalej. Następne świątynie to współczesne i dość kiczowate budowle (z których jednak Hindusi są bardzo dumni; nasz kierowca wiezie nas twardo do każdej z nich), np. tajska, kapiąca złotem i złotkiem.

Tajska świątynia w Bodhgaya

Nie pozostawiają we mnie żadnego śladu, wolę stare i mniej wystawne, ale za to bardziej szacowne „obiekty”. Ada zauważa, że są czysto buddyjskie, bez domieszek hinduizmu, jak było w Nepalu. Przed wszystkimi świątyniami masą proszących o jałmużnę. Po raz pierwszy widzę ludzi z koszmarnie powykrzywianymi nogami, pełzających na brzuchu lub sunących na kolanach – te nogi są chyba zupełnie bezwładne. Nie mam pojęcia, co to za choroba. Zaniedbana i nigdy nie leczona krzywica? Polio?

posąg Buddy w Vishal Mandir

Monumentalny posąg Buddy w Vishal Mandir robi jednak na mnie wrażenie. Nie potrafię określić jego wysokości (prawie 30 m, dowiaduję się później), ale gdy podchodzę blisko i patrzę w górę, czuję, jakby miał zaraz na mnie runąć.

Strażnik muzeum w Bodh Gaya

Odwiedzamy jeszcze muzeum w Bodh Gaya, które jest maciupeńkie, ale za to ma uzbrojonych strażników. Prosimy o wspólne zdjęcie jednego z nich, przepięknie wąsatego. On z kolei prosi, by mu to zdjęcie wysłać, pytamy więc o adres, przekonane, że poda e-maila, ale dostajemy zwykły adres pocztowy. No, ale cóż, obiecałyśmy, więc odbitka pójdzie.

Prawdziwie ciekawa – i piękna – jest jedynie Mahabodhi Mahavira, wielka stupa zbudowana w miejscu, gdzie Budda doznał oświecenia pod świętym drzewem figowca (jest i ono).

Mahabodhi Mahavira drzewo, pod którym Budda osiągnął oświecenie

Bardzo wielu pielgrzymów z różnych krajów. Buddyści ze Sri Lanki, noszący się na biało, jest też pokaźna liczba hinduistów.

pielgrzymi w Mahabodhi mnisi w Mahabodhi

Chętnie zostałabym tam dłużej, bo wreszcie czuję klimat, ale kierowca goni nas bezlitośnie. Jestem zła, nie musiałam wcale odwiedzać tych wcześniejszych złotych cudeniek, wolałabym zamiast tego posiedzieć tu, przy sadzawce, na której środku uśmiecha się Budda chroniony przez potężną kobrę. Mimo tłumu pielgrzymów tu jest akurat cicho i spokojnie.

Budda i kobra 

Nic z tego jednak, wsiadamy znów do tuk-tuka i mkniemy z powrotem do Gaya.

***

Robi się nieciekawie, bo na drodze korek (chyba orszak weselny), ciemno, jak w dupie, a odjazd pociągu już tuż–tuż. Oczywiście nie wiemy, jak duże będzie opóźnienie – to by trochę ułatwiło sprawę. W chwili, gdy ma odjechać zgodnie z planem, jesteśmy w „centrum miasta” i blokują nas krowy, samochody i swobodnie między nimi krążący ludzie. Ale jednak zdążamy. Niech żyją indyjskie spóźnione pociągi! Nawet siedzimy jeszcze przez chwilę na dworcu. Na każdej kolumnie na peronie inna buddyjska inskrypcja - słowa Buddy.

Dworzec w Gaya

Teraz przed nami krótki odcinek, 4 godziny jazdy, niecałe 300 km. Cofamy się do Uttar Pradesh, do Varanasi. Oczyma duszy widzę hotel, w którym jaśnieje łazienka. Nie potrafię myśleć o niczym innym, niż o mej klejącej się cielesnej powłoce.



niedziela, 01 maja 2011
11 lutego 2011, piątek. New Delhi.

Zgodnie z przewidywaniami samolot do Delhi ma 2,5 godziny spóźnienia. Zawsze jakieś ma i akurat to nie jest wcale duże. Siedziałyśmy na lotnisku, zamknięte w jednym z pomieszczeń, bez możliwości zapalenia – bo już po odprawie. Nie było wiadomo, kiedy polecimy, bo komunikaty wciąż zawiadamiały o przesunięciu lotu, nigdy o konkretnej godzinie. Zastanawiamy się, jak to możliwe, że samoloty jakichś linii mają STAŁE opóźnienie i nikt nie próbuje niczego z tym zrobić, np. dostosować rozkładu lotów do rzeczywistości.

W końcu lecimy. Samolot jest stary, ale jary. Potwornie „skacze” w powietrzu i naprawdę miło jest wylądować. Na lotnisku urzędnik celny czy wizowy, starszy gość, ślini się do nas, patrzy w oczy, trzyma w ręku te nasze paszporty i pieprzy jakieś słodkie słówka. Gdyby mógł, pewnie by się jeszcze poocierał.  Mówi, że jesteśmy piękne, że mamy śliczne oczy (z tymi oczami to w ogóle stały tekst Hindusów na podryw) i takie tam. Z ulgą odchodzimy. W strefie bezcłowej udaje mi się kupić „mój” tytoń, który w UK kosztuje bodajże 12£, za śmieszną cenę, i równie tanie papierosy.

Jesteśmy przygotowane na to, że ten dzień będzie ciężki. Dobrze, że przełożyłyśmy pociąg na późniejszą godzinę (wbrew protestom Santosha, który beztrosko nas zapewniał, że „everything all right”, „relax” i „no problem”), bo na ten pierwotny, o 16.20, byśmy w życiu nie zdążyły.

byk na Pahar

Cieszę się jak dziecko powrotem na Paharganj. Pokochałam to miejsce, pomimo jego tłoczności i chaosu, które tak mi przeszkadzają w miastach Europy.Teraz będziemy tu tylko kilka godzin, dopiero po powrocie z trasy chcemy zatrzymać się tu przez 3 dni.

sadhu na Paharganj

Na późniejszy pociąg zdążymy akurat – musimy jeszcze odebrać bilety, doładować telefony (w Nepalu co chwila przychodziła mi jakaś płatna reklama i z całego doładowania może z 15 smsów wysłałam, reszta zjedzona przez powyższe), kupić dla mnie większy plecak, sandały (stare – w kawałkach - z ulgą wyrzuciłam), przepakować rzeczy i dotrzeć na dworzec. Bierzemy z sobą tylko część rzeczy, resztę, łącznie z prezentami i zimowymi kurtkami, w których przyjechałyśmy, zostawiamy u kolegi naszego gospodarza z New Kinga. Ma również hotelik, tyle, że jeszcze brudniejszy, więc modlimy się, żeby nie odebrać tych bagaży po dwóch tygodniach z jakimś rozkosznym żywym ładunkiem. Gdy czekamy na kwit, wpada dwójka młodziutkich japońskich turystów. Dziewczyna z obłędem w oczach pyta mnie, czy mieszkałam w tym hotelu, czy jest czysto. Wygląda na to, że nie jest to pierwszy hotel, do którego wchodzą. Mówię, że musi sama zobaczyć, idą więc za gospodarzem i szybciutko wracają, a obłęd w oczach jakby jeszcze większy. Ciężko im będzie na Paharganj, nie sądzę, żeby w ogóle były tu hotele w tej skali czystości, jakiej oczekują schludni turyści z Tokio.

uliczka na Paharganj

Tuż przed wyjazdem Ada rozmawia jeszcze z dwiema dziewczynami, które właśnie wróciły z trasy po Indiach, laski są wesołe i w ogóle, ale to, co opowiadają o pociągach, zasiewa we mnie ziarno niepokoju. Zaczyna mnie przerażać cała wyprawa też dlatego, że boli mnie gardło i czuję, że to dopiero początek. Kupuję jakieś leki, może pomogą, i poję się Citroseptem.

Widok dworca rozkłada mnie już zupełnie na łopatki. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, rozłożeni są ludzie – całymi rodzinami, na kocach, płachtach, papierach lub na niczym. Wszędzie stoją potężne, metalowe skrzynie, używane jako bagaż, nie do podniesienia przez jednego człowieka. Walizki antyczne. Często stare kufry obwiązane sznurkami, ale olbrzymie, jak na trupa. Ludzie czasem siedzą, czasem chodzą, i wtedy nie interesuje ich kompletnie, czy siedzisz na ich drodze, czy nie, czy nie depczą ci po nogach, czy nie tłuką swoją torbą w twoją głowę. Możesz spaść z peronu na torowisko, bo ktoś cię pchnie – pech. Może ktoś ci pomoże wleźć z powrotem, jeśli będziesz miał farta.

Najwięcej jednak jest wielopokoleniowych rodzin w pozycji leżącej. Bóg jeden wie, czy czekają na pociąg – raczej nie. Chyba mieszkają tu, gdzie jest trochę bezpieczniej, niż na ulicy, i nie pada. Leżą przykryci różnymi rzeczami, w bezruchu, spalając niewiele energii, czekając... spod płacht wypływają strużki cieczy, której pochodzenia wolę nie znać. Nawet już o nic nie proszą. Trwają.

Ci z koczujących, którzy jednak chcą wejść do pociągu – a część  z nich jest tu też od wielu godzin, a może nawet dni – mogą prawdopodobnie liczyć jedynie na miejsca w korytarzu, jeśli takowe będą. Nikt nic nie wie – słyszałyśmy od dziewczyn, że trzeba koniecznie ustawić się zawczasu tam, gdzie stanie nasz wagon, bo potem można nie zdążyć wsiąść, ale nie ma żadnych oznaczeń, z których mogłoby wynikać, gdzie też to będzie. Nie wiadomo w ogóle, kiedy pociąg przyjedzie, wiadomo tylko, że na pewno się spóźni. Nie spóźniają się jedynie pociągi podstawiane.

Nagle tęsknię za Europą, nagle brzydzi mnie brud, siki, pierdzący i drapiący się bezustannie ludzie.

Ale to tylko chwila, bo gdy przyjeżdża pociąg, okazuje się, że stoimy prawie tam, gdzie trzeba, od razu znajdujemy swoje miejsca, a pasażerowie są czyści i całkiem przyjemni. Pociąg jest potwornie długi, naprawdę nie miałybyśmy szans dobiec na jego drugi koniec. Ma przynajmniej dwadzieścia wagonów, może więcej, każdy dużo dłuższy, niż polskie. Jedziemy 3 klasą, i dziękuję Opatrzności, że nie upierałam się przy sleeperze (klasa niżej, dużo taniej), bo w nich nie ma szyb w oknach, tylko kraty, i widać przez nie niemiłosiernie stłoczonych ludzi. Trzecia klasa to 6 prycz w „przedziale”, nie ma drzwi, tylko zasłona. Środkowa prycza jest w dzień składana i wszyscy siedzą na dolnej.

Santosh zawarł z nami kontakt na „podróż 3 i 2 klasą”, ale przeglądamy bilety i drugiej nie ma ani razu. Kolejny błąd – nie kupiłyśmy łańcuchów. Tu każdy ma długi, brzęczący łańcuch do przytwierdzenia bagażu, przymocowują go do oczek pod dolną pryczą albo do czego się tam da, jesteśmy jedynymi optymistkami, które tego nie robią.

Rozkładamy prycze, Ada wdrapuje się na środkową (chyba najgorsza, mało miejsca, można tylko leżeć), ja kładę się na dolnej. Jest pościel – koc, 2 prześcieradła i poduszka – i są świeżo wyprane. Czeka nas cała noc i kawałek dnia jazdy, tak więc rozluźniam się zupełnie i daję się kołysać pociągowi – a kołysze naprawdę nieźle.



środa, 27 kwietnia 2011
10 lutego 2011, czwartek. Patan.

Jesteśmy umówione z Marcelem między 10 a 11. Dla mnie to oznacza, że o 10, dla Ady - że o 11. Rozmawiamy o punktualności i wczesnym/późnym wychodzeniu tak długo, że wychodzimy zdecydowanie za późno. Jeszcze tradycyjnie motamy się w poszukiwaniu knajpy (Kathmandu jest małe, a my tak się w nim gubimy, jak w nie przymierzając w Nowym Yorku) – docieramy do niej o 11.15 i nie ma tam Marcela. Poszedł sobie? W ogóle nie przyszedł? Opisujemy faceta kelnerowi, ale nie rozumie albo nie pamięta. A może nic go to nie obchodzi, co najbardziej prawdopodobne. Marcel nas obie nieco denerwował, ale mimo to klasyfikujemy go jako wartościowego znajomego. Dwa lata w Nepalu dużo go nauczyły.

Przychodzi wreszcie, skacowany, zmordowany. Wyruszamy na Patan, niestety, taksówką.

uliczka na Patanie uliczka na Patanie

Patan jest również piękny, choć to nie Bhaktapur. No, i „starówka” jest dużo mniejsza. Marcel pokazuje nam stupę (również Mahaboudha) zbudowaną z cegieł – co jest wyjątkiem.

Mahaboudha na Patanie ornament na Mahaboudha

W Mahavira Rudra Varna – fantastyczne posągi zwierząt z metalu. I gęsto od turystów, niestety. Dużo bym dała, żeby być tu zupełnie sama. Oczywiście znów tam wleźliśmy bez biletu (nawet nie zauważyłam, że należy go tam mieć); dla Marcela to nie problem. Łamaną angielszczyzną i gestami pokazuje, że nasze bilety ma przewodnik, który jest o, tam właśnie.

posąg Garuda w Mahavira Rudra Varna

ja i lew:-)

Ada czyta, że Patan był kiedyś niezależnym miastem – państwem. Dziś nosi też sanskrycką nazwę Lalitpur lub newarską – Yala. Masa królewskich pałaców, ale jakoś nie możemy się zorientować, czy była tam siedziba nepalskiego króla, czy też jako niezależny twór Patan miał odrębnego monarchę.

Durbar Square

Na Durbar Square już musimy kupić bilet, bo biegną za nami i krzyczą. Zresztą, nie miałabym nic przeciwko biletom (nie są to wcale jakieś znaczne sumy), gdyby tylko kasa z nich szła rzeczywiście na konserwację zabytków. Bardzo jednak wątpię, żeby tak się działo.

nepalskie bezdomne pieski

Na tarasie knajpki piszę widokówki i wcinam najostrzejsze z dotychczasowych pierożki momo – gotowane, zanurzone w zupie, która pali ogniem i pływa w niej chyba z pół kilo najostrzejszego, zielonego chilli. Zjadam – po długiej walce – tylko momo, obficie popijając wodą. Co do zupy – poddaję się. Piszę do ojca, że szkoda, że go tu nie ma – i naprawdę tak myślę. Wiem, że by mu się podobało.

ja - i mam nawet bilet (to czerwone)

Chodzimy po sklepikach, kupujemy trochę srebra ale więcej śrebełka. Niby to srebro o próbie 520, ale pewności nie ma żadnej. Wielkie, ostentacyjnie wybite próby prawie zawsze głoszą, że to 920. Zdaje się, że zrobienie takiej próby jest dziecinnie proste. Ale i tak uwielbiam wyroby z tej części świata. Są zarówno misterne, jak i niedokładne, „nierówne”, często odpada z nich jakieś oczko czy kawałek zdobienia, co przy moim zwyczaju spania w biżuterii nie zawsze wychodzi jej na dobre. Ale przynajmniej nie mam wątpliwości, że to robota ręczna. Kupuję piękny, choć poczerniały i chyba brudzący naszyjnik, bransolety i wisiory z buddyjskimi motywami. Marcel śpi siedząc na schodach sklepu, gdy Ada targuje ceny. Stargowała ze sklepikarzem do sumy, która jej odpowiadała, zabiera się do płacenia, a nagle wkracza stara kobieta i krzyczy – na właściciela. Ten, gnąc się w ukłonach i rozpływając w przeprosinach mówi, że „mama nie pozwala” i że cena musi być jednak wyższa. Pękamy ze śmiechu. Sklepikarz ma spokojnie swoje 50 lat, ale mama to mama i jak nie pozwala, to trudno.

sprzedawca, co miał mamę:-)

 

Po powrocie na Thamel (znów cholerną taksówką) liczymy kasę, która była wspólna, a teraz trzeba ją podzielić i wydać, bo jutro wracamy do Indii. Zostało jej jakoś okropnie dużo, a czasu niewiele. Nie chcę kupować tylko po to, żeby wydać, poza tym mam potworny plecak, niepakowny, bez kieszeni – i tak obawiam się, że tych kilka kupionych rzeczy uniemożliwi mi jego zapięcie.

Marcel proponuje, że pozna nas ze swymi podopiecznymi. Idziemy. Spory dom, zupełnie ciemny – większość dzieciaków nie widzi, więc światło nie jest im potrzebne. Poznajemy Andy’ego, Polaka, w Kathmandu od 12 lat. Niesamowicie pozytywny facet. Szukają wraz z Marcelem i jednym z pensjonariuszy (a zarazem założycielem tej fundacji, Lobo) nowego domu, bo z tego muszą się do tygodnia wyprowadzić. Ludzie odmawiają im wynajmu, gdy dowiadują się, że chodzi o dzieci – bo będzie głośno, bo wszystko pobrudzą i poniszczą. Tak naprawdę pewnie chodzi o to, że niewidome dzieci to tylko niewidome dzieci, po co one komu... Marcel potwierdza, że chorymi ludźmi nikt się w Nepalu nie interesuje, istnieją jedynie prywatne fundacje. Poznaje mnie z zupełnie niewidomą dziewczynką, prawdopodobnie około 10-letnią, z jednej z górskich wiosek. Siedzi na podłodze i... szyje torbę. Nie widzę, bo jest ciemno, ale ponoć robi to bardzo ładnie. Jest bardzo wstydliwa, uśmiecha się, ale widać, że bardzo krępuje się obcych. Inna dziewuszka dba o kuchnię, gotuje, nas częstuje herbatą. Też nie ma więcej niż 11 lat. Z kolei Lobo i jego żona są muzykami. Ona gra na gitarze, ona – na jakimś lokalnym instrumencie, który wymaga dużej biegłości. Oboje są ociemniali, wzrok tracili stopniowo i trochę jeszcze widzą, ale już tylko plamy światła.

Marcel jest bardzo oddany swojej pracy, ma wielkie plany. Chce uczyć wszystkie dzieciaki masażu. Na razie uczą się Braille’a i angielskiego. Wcześniej opowiadał o dziewczynce, którą poddano operacji i odzyskała wzrok. To jednak bardzo drogie zabiegi, poza tym tylko nieliczne dzieci się do nich kwalifikują.

Namaste

W końcu rozstajemy się z Marcelem. Nasz ostatni wieczór w Nepalu. Smutno. Idziemy raz jeszcze do Namaste i znów rozklejam się przy „Soldier of Fortune”.

Ada czyta Lonely Planet. To, co słyszę, nie jest miłe dla ucha. W Nepalu system kastowy jest jeszcze okrutniejszy niż w Indiach. Informacja o tym, do jakiej kasty człowiek należy, jest zawarta nawet w imieniu i nazwisku, więc uciec przed tym nie sposób. Bieda jest w niektórych regionach tak potworna, że wiele rodzin sprzedaje swoje córki, jeszcze jako dzieci, do indyjskich burdeli. Tam zazwyczaj zarażają się AIDS i z burdelu są wyrzucane, a rodzina też ich już nie chce przyjąć. Rząd otworzył program, który daje rodzinie za każdą niesprzedaną dziewczynkę – świnię i dożywotni zapas chyba jakiegoś zboża (nie bardzo rozumiem, jak to funkcjonuje). AIDS w ogóle zbiera tu ogromne żniwo. Nie ma żadnej bezpłatnej opieki zdrowotnej, a stan szpitali... szkoda gadać, kilka widziałam na własne oczy i nie chciałabym się w żadnym znaleźć. Również analfabetyzm jest na poziomie zatrważającym, ponad połowa mieszkańców nie umie pisać. Szkół jest mało i są wszystkie płatne, więc – dla elity. Po raz kolejny uświadamiam sobie, że to, że urodziłam się w Europie, to jednak nie przekleństwo, a spory fart...

Thamel wieczorem

Żal mi stąd wyjeżdżać. Pokochałam ten kraj i wiem, że na pewno tu wrócę. Już teraz snujemy plany, jak i kiedy przyjedziemy tu ponownie.

A w Indiach czeka nas nasza dwutygodniowa trasa. Jednak do teraz nie mamy pewności, czy wszystko jest załatwione - obawiamy się o miejsca w pociągach, bo nie wszystkie są potwierdzone. Santosh, nasz agent, daje nam jakieś niejasne informacje i zbywa nas smsami w rodzaju „wszystko będzie OK” i „nie martwcie się, wypoczywajcie”. Jak miło byłoby go udusić.

wtorek, 26 kwietnia 2011
9 lutego 2011, środa. Paśupatinath i Mahaboudha

Zaczynamy dzień od powrotu do tybetańskiego klasztoru w Kathmandu. Znów, tym razem tutaj, załapujemy się na ceremonię. U mnie trafia ona w jakiś nie do końca określony, czuły punkt w środku. Płaczę.

Znów spotykamy naszego starego znajomego ze sklepu z thankami. Teraz widzę, że wcale nie jest taki stary:-)

nasz

Dowiadujemy się od niego, że autobus jest 10-krotnie tańszy od taksówki (w ogóle pieprzyć te taksówki), no więc oczywiście chcemy nim jechać. Prowadzi nas na miejsce, gdzie można złapać busa (a jest nim środek ruchliwej ulicy). Autobusy to zdezelowane auta typu nyska, bez żadnych oznaczeń, z których drzwi – otwartych – jeden z podróżnych (a może pomocnik kierowcy?) wykrzykuje nazwę docelowego przystanku.

autobusy

W środku mieści się dokładnie tylu ludzi, ilu jest potrzeba. Słowa „przeładowany” chyba nikt tu nie stosuje, a pasażerowie ze stoickim spokojem i „bez nerw” ładują się do środka, nawet, jeśli perspektywą jest jazda praktycznie na zewnątrz. Widzimy autobus, z którego wystaje biodro wraz z nogą jednego pasażera i... tyłek innego. Na innym – smugi wymiocin ciągnące się od okna. Autobusy nieźle trzęsą i choroba lokomocyjna zbiera żniwo.

...może być też taki

Nasz samozwańczy przewodnik twardo łapie dla nas autobus, a po kilku nieudanych próbach prowadzi nas na dworzec. Zaczyna mi świtać, że nie robi tego za darmo, a my płacić nie chcemy, bo w sumie za co? Po drodze mijamy wielu żebrzących, w tym masa dzieci i kilku trędowatych. Chce mi się płakać. Nie mają palców, stóp, rąk. Nie nagabują – tylko siedzą. Nikt się nimi nie interesuje. Zastanawiam się, czy funkcjonuje tu jakaś opieka medyczna dla najuboższych i od razu znam odpowiedź.

Wsiadamy do autobusu i fajnie jest. Tłoczno. Oczywiście jesteśmy jedynymi białymi i budzimy sensację. Ada mówi „przewodnikowi”, że nie mamy pieniędzy i ten bez gadania i bez obrażania się odchodzi. Uff, łatwo poszło.

Dojeżdżamy do Paśupatinath, świątyni Śiwy, Pana Zwierząt (Paśupatiego). Wstęp na teren kosztuje 500 Rs, a nie-hinduistom nie wolno wejść do świątyni, więc decydujemy się na oglądanie z daleka z opcją wejścia na krzywy ryj, gdyby była taka możliwość. Zresztą miejsce samo w sobie jest niesamowicie kolorowe, wałęsamy się otumanione tymi cudami.

uliczka z kramikami przed Paśupatinath

Przed wejściem pełno stoisk z różnościami - za bezcen. Barwniki -  chyba do tkanin - w przepięknych kolorach (tylko pewnie nietrwałe, niestety), buddyjskie male z ziaren, kosmetyki. Znów nagabują nas „przewodnicy”, oferując cudawianki z wejściem za pół ceny włacznie (ale rzecz jasna bez gwarancji). Robię z ukrycia i z daleka zdjęcia kilku sadhu.

sadhuNiewielu z nich jest prawdziwych, w większości to taki odpowiednik zakopiańskich białych misiów. Łatwo ich sklasyfikować właśnie według tego, że owi „święci mężowie”, teoretycznie zatopieni w medytacji i ascezie, oderwani od rzeczy ziemskich, z pełnym wyrachowaniem ustawiają się do zdjęcia, a potem wyciągają rękę, najczęściej podając już gotową cenę. Angielskimi (i pewnie nie tylko) liczebnikami operują dość sprawnie. Ale widzimy też kilku jak najbardziej autentycznych ascetów, którzy mijają nas nie widząc, schowani gdzieś głęboko w sobie, gdzie nie ma dostępu ani aparat, ani bogaci turyści.

Wkrótce napotykamy niestrzeżone wejście i wskakujemy. Mnie już ssie w żołądku, więc wypatruję jakiegoś stoiska i jedzeniem i znajduję je. Nikt nie obsługuje, więc pytam się stojących w pobliżu mężczyzn, czy tu mamy samoobsługę – i wywołuję konsternację. Naradzają się szeptem, nic nie rozumiem. Gestem pokazują, że tak, że mogę sobie nałożyć. Nakładam dwie kulki i trochę sabdźi, chcę płacić i... okazuje się, że bezczelnie wprosiłam się na stypę. Moja twarz przybiera chyba wszystkie możliwe kolory, głupio mi niezmiernie, nie wiem, czy składa się tu kondolencje i w ogóle jak mam się zachować. I stoję jak ta sierota z talerzem w łapie... no cóż, przewinąć się tego nie da, więc zjadam i zmywam się. Parę kroków dalej widzimy wgłębienie w ziemi, gdzie dymi stos, ciałopalenie już dobiega końca.

ciałopalenie

Nie wiem, ilu ze zgromadzonych to bliscy zmarłej osoby, ale wszyscy ubrani są normalnie, na kolorowo, nikt nie okazuje rozpaczy ani nie płacze. Ludzie zwyczajnie rozmawiają, śmieją się. Wyraźnie widać, że tu śmierć jest tylko kolejnym, ostatnim etapem w pełnym cierpienia życiu. Wspinam się wyżej i robię kilka zdjęć z daleka.

Paśupatinath Ada&co.

Poza „obszarem strzeżonym” natykamy się jeszcze na dziewczynkę, która wraz z matką siedzi przed budynkiem; jest to najwidoczniej ich dom, choć wygląda, że należy do kompleksu.

dziewczynka przed Paśupatinath

Nie możemy zidentyfikować niedużych budowli, których jest tu kilkanaście, kwadratowych, o kopulastych dachach. Dziewczynka mówi, że są to „temple of god”, ale nie mamy pewności, czy dobrze ją zrozumiałyśmy.

przez dziurkę

Stamtąd ruszamy do Mahaboudha. Idziemy piechotą przez bardzo ubogą część miasta. Droga prawie polna, rozwalające się chatki i sklepiki ze wszystkim. Rozpieprzają mi się tam sandały już ostatecznie, kleję je superglue, ale na długo im to nie wystarczy.

cielak:-) ada z dzieciakami

Coraz bardziej oszołomiona wszechobecną biedą - daję się nabrać na numer stulecia.

Blisko Mahaboudha podbija do mnie dziewczyna z dzieckiem na ręku. Nie chce pieniędzy, tylko mleko dla dziecka, co biorę za dobrą monetę. Ada ostrzega mnie, że to oszustka, żebym nie kupowała, ale za późno, już wpadłam – kretynka. Dziewczyna prowadzi mnie do marketu (a ja nie widzę, że do marketu właśnie, a nie pierwszego lepszego sklepiku), bierze dwa olbrzymie opakowania najdroższego, zagranicznego mleka w proszku, do tego chyba 5-kilowy ryż, wielką butlę oleju, rozkręca się coraz bardziej. Mi na tyle jeszcze starcza rozsądku, żeby odłożyć na miejsce jednomleko i olej, ale dziewczyna się nie poddaje, prosi, prawie płacze. Jednak nawet mój obłęd ma granice. Pęka 1100 Rs i w momencie płacenia wiem już, co robię, ale odwrotu nie ma. I dobrze mi tak. POTEM dopiero dochodzi do mnie, że: oboje wyglądali całkiem nieźle, wręcz laska była dość pucołowata, miała na sobie sporo biżuterii a mały był ładnie ubrany i dość czysty, market, do którego mnie zaprowadziła, to najdroższy sklep w okolicy i brała z półek najdroższe produkty. Chciała mnie jeszcze koniecznie zaprosić do domu na herbatę, ale chyba Opatrzność nade mną czuwała, że nie poszłam. Ciąg dalszy mógłby być różny. Jestem zła na siebie, choć staram się nie czuć gniewu do niej. Wiem, że moje intencje były czyste, a jej – są jej sprawą. Powoli jednak otwierają mi się oczy – tak, Azja czeka na ciebie, turysto, przybywaj...

Mahabouddha Temple

Jesteśmy w największej na świecie stupie – Mahaboudha Temple. Chodzę wokół niej, kręcę młynkami i powoli się uspokajam. Mnóstwo ludzi robi pokłony – wszędzie wokół stupy poustawiane są specjalnie do tego przeznaczone deski, wyślizgane już jak lustra. „Kłaniający się” mają również szmatki na ręce i pod kolana. Niektóre kobiety mają spokojnie z 70 lat i trzaskają pokłony jeden za drugim. A ja przypominam sobie swój niegdysiejszy zapał i to, ile mi on dawał; czuję coraz mocniej potrzebę znalezienia własnego miejsca.

pokłony

Na Thamel wracamy również autobusem. Wysiadamy na dworcu. Chyba nawet znając język nie jest łatwo połapać się w połączeniach:-)

dworzec autobusowy w Kathmandu

***

Kręcąc się w poszukiwaniu – jak zwykle – właściwej drogi do hotelu spotykamy starszego, długowłosego gościa – Marcela, Polaka mieszkającego tu od ponad 2 lat. Idziemy na kawę, długo gadamy. Marcel jest wszystkim po trochu – przede wszystkim mitomanem, ale też buddystą, alkoholikiem i chyba raczej dobrym człowiekiem. Zajmuje się tutaj niewidomymi dziećmi i mieszka u mnichów w Svajambhunat. Kawa przeciąga się w wiele godzin. Potrzebuję tej rozmowy. I pomimo, że czasem niemiłosiernie pierdoli i trudno rozróżnić, co jest prawdą, a co nie, to ma też ogromną wiedzę o buddyźmie, w którym siedzi od lat, a mieszkając w Nepalu wie o nim również niemało (właśnie od niego dowiadujemy się, że numer "na mleko" to stary miejscowy trick; dzieci tego mleka nigdy nie widzą, jest oddawane z powrotem do sklepu, a zyskami dziewczyna dzieli się ze sklepikarzem... no, na zdrowie). Ma dużo do opowiedzenia, z przeprawą przez zieloną granicę i podróżą do Nepalu drogą lądową włącznie. Poza tym nie ukrywa swego alkoholizmu i mówi o nim otwarcie. Dla mnie to szczególnie cenne, spojrzenie na człowieka, który w jakiś niepojęty sposób godzi buddyzm z nałogiem, jako że mi nigdy te dwie drogi nie chciały się przeciąć. Umawiamy się na jutro na wypad na Patan.

z Marcelem

Gdy tak wałęsamy się po Thamelu, na każdym kroku proponują mi trawę i hasz. Ciekawe, że mi, a nie nam. Do Ady raczej nikt w tej sprawie nie podbija. Dziś dodatkowo jakiś wyjątkowo natrętny gość usiłując odgadnąć moje skryte pragnienia stwierdził, że (dokładny przekład) „moja twarz mówi [mu], że jestem zainteresowana brown sugar”. Wróżka się znalazła. A swoją drogą, co ja mam z tą twarzą... Jowita by się uśmiała. No i dobrze, że Ada jest tu ze mną...

Na koniec dnia jeszcze zadyma z rikszarzem, który za przejechanie 300 m. żąda 100 Rs, nie chce przyjąć 50-tki i trochę się obawiamy, żeby nie skrzyknął kumpli, gdy w końcu, położywszy 50 rupii na siedzeniu jego rikszy wchodzimy w naszą ciemniuteńką uliczkę. Ale nic takiego się nie dzieje.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011
8 lutego 2011, wtorek. Swayambhunat

Światło włączono o 2 w nocy. Udało mi się nawet naładować aparat!

Dziwna rzecz, mam tutaj ciężkie poranki. Zupełnie odwrotnie, niż w Europie, nie mogę wstać z łóżka, mam jakieś cholerne lęki, brak poczucia pewności - czyli wszystko to, co jest moim udziałem w domu wieczorami. Psuje mi to nieco całą zabawę.

Rano słyszymy dobiegające z ulicy dźwięki muzyki, bębny, widzimy szczyty jakichś proporców. Schodzimy na dół, nasz gospodarz mówi nam, że to obchody święta boginii Sarastvati (początek wiosny), które będą się odbywały w całym mieście, ale głównie w Swayambhunat (Świątyni Małp). Idziemy tam.

Najpierw podchodzimy pod dwa klasztory, znajdujące się jeszcze w mieście, jeden z nich jest tybetański, drugi – nepalski.

klasztor tybetański ornament na nepalskim klasztorze

Wciąż nam proponują swe usługi przewodnicy. Zaczepiają nas w najróżniejszych  miejscach i, co ciekawe, każdy z nich ma wizytówkę.

W pierwszym klasztorze, w którym otwarty jest niestety tylko przesionek, a drzwi zamknięte na głucho, zaczepia nas starszy facet, prawdopodobnie naganiacz okolicznego sklepu z thankami. Pyta, czy nie mamy czegoś do jedzenia, bo jeśli tak, to „zaatakują” nas małpy. Oprowadza nas po sporej stupie, stojącej przed klasztorami.

stupa w Kathmandu

W końcu lądujemy w sklepie z thankami, gdzie po chyba godzinnej prezentacji ulegam – kupuję niedużą thankę, taką „na moją kieszeń”. Ta moja jest dużo „uboższa”, niż wielkie, przepiękne thanki za 100 i więcej dolarów (moja kosztuje 20 euro), ale i tak przepełnia mnie radość, że ją mam. Sprzedawca pakuje mi ją w grubą, kartonową tubę, a ja, oczyma duszy, widzę już ją na ścianie londyńskiego mieszkanka.

Gdy już stamtąd odchodzimy, podchodzą do nas dwaj dość młodzi sadhu, robią tilakę na naszych czołach, błogosławią i... od razu podają gotową cenę za usługę: 200 rupii. Niemiejemy. Sadhu robią się nieprzyjemni, podnoszą głos. Ada odpowiada, że o nic ich nie prosiła, a potem zwyczajnie odchodzi - i robi dobrze. Ja idiotycznie grzebię w pieniądzach, chcę ich udobruchać choć 10 rupiami, daję więc jednemu z nich drobny banknot. Drugi natychmiast: „for me!”. Ja odpowiadam, że nie mam, a on mi na to: masz! – i pokazuje na woreczek, do którego przed chwilą schowałam resztę kasy. To już za dużo nawet na mnie, wściekam się w końcu i odchodzę. Naciąganie nie jest tu już dla mnie nowością, ale to była skrajna bezczelność. Takie wydarzenia pozostawiają we mnie cholerny niesmak i rozczarowanie.

świątynia świątynia

 

Nepalczycy naciągają przeważnie z uśmiechem, ale prawdopodobnie zawsze starają się turystę wycyckać. Jako osoby, które codziennie mają co jeść, nawet kilka razy w ciągu dnia, jesteśmy w ich oczach bardzo bogaci. Jeśli im się „numer” nie uda, raczej się nie gniewają i nie obrażają, ale na pewno spróbują znowu. Nawet kierownik naszego hotelu próbował, rozpływając się w uśmiechach, wszyć nas w wyprawę do Bhaktapuru taksówką za 2,5 tys. rupii, twierdząc, że jest to najtańsza możliwa opcja „tylko dla gości”, podczas gdy my załatwiłyśmy sobie wszystko same za mniej niż połowę ceny. Za dowóz z lotniska płaciłyśmy również 500 rupii, a kosztuje to jedynie 200...

przedmieścia Kathmandu

Droga do Swayambhunat wiedzie przez pół miasta – idziemy piechotą. W miarę oddalania się od Thamelu jest coraz ubożej i coraz brudniej. Wielu tragarzy, kilku ludzi grzebiących w śmieciach. Po drodze mijamy zespół niedużych stup, wyglądających dość smętnie i zaniedbanie.

pod Svyambhunat pod Svyambhunat

Wreszcie widać świątynię – wpadam w popłoch, wiedzie do niej chyba z 200 naprawdę stromych schodów (w rzeczywistości jest ich 365, przed wejściem jednak przyjęłam wersję optymistyczną). Budowla góruje, przytłacza, choć zdecydowanie nie w sposób negatywny.

stupa Svayambhunat

Małpy są już na dole, ganiają się, biją, wyrywają ludziom jedzenie. Masa dzieci. Te mniejsze - zawsze na plecach matek, uczepione jej szyi, najczęściej nie podtrzymywane nawet chustą. Nigdy nie widziałam tu dzieci wożonych w wózkach.

Zaczynam się wspinać, pozwalając się wyprzedzać staruszkom:-)

mapły pod Svyambhunat

Jesteśmy już prawie u celu, gdy podchodzi strażnik, wyławiając z tłumu właśnie nas, i żąda zapłaty za wejście. Dla Nepalczyków jest to 50 Rs, dla cudzoziemców – 200. Zapłaciłabym, ale Ada jest zła – w święta jest wstęp wolny, poza tym widać, że większość turystów i wszystkich miejscowych strażnik przepuszczał i zaczepiał tylko wybranych (np. kobiety, bo z nimi łatwiej mu szło). Widę, że Ada się gotuje, próbuję ją ugłaskać, ale bez skutku – mówi, że była tu przy poprzedniej wizycie w Nepalu i teraz nie wejdzie, skoro tak się sprawy mają. Ja owszem, czuję niesprawiedliwość całej sytuacji, ale szkoda mi czasu i energii na przepychanki, nie mówiąc już o aktach ostentacji, i wolałabym już zapłacić i wejść.
W międzyczasie jedna z małp obsikuje z góry kilku pielgrzymów.

Wreszcie udaje mi się uspokoić Adę na tyle, żeby kupić te nieszczęsne bilety i wejść.

małpy w Svyambhunat walka o herbatnik

Małpy, małpy wszędzie. Gdy tylko przysiadam, próbując wyciągnąć herbatnik, podbiega wielki samiec i prawie mi go zabiera. W porę odstrasza go siedzący obok młody chłopak, który strasznie się ze mnie i całej sytuacji śmieje.

Swayambhunat ma wielką moc spełniania życzeń. Wręcz mówi się, że niebezpiecznie wielką. Obchodzę stupę, kręcę młynkami i... zapominam o życzeniu. Cóż, będę musiała tu wrócić.

klasztor buddyjski - wnętrze klasztor buddyjski - wnętrze

W świątyni udaje się nam uczestniczyć w części buddyjskiej ceremonii. Napis przy wejściu głosi, że można wejść i nawet robić zdjęcia. To dla mnie niesamowity zaszczyt. Kilku mnichów to dzieci, może 5 – 9 letnie, które prócz udziału w obrzędach mają za zadanie dbać o porządek – ustawiają buty, zamiatają podłogę i... stopy wchodzących. Jest też wielu naprawdę starych mnichów. Jeden drzemie.

Svyambhunat

***

Fascynują mnie zwłaszcza starzy Nepalczycy. Są naprawdę piękni i pełni dostojeństwa. Starzeją się ładnie, skóra na ich twarzach jest poorana głębokimi zmarszczkami i cienka, lecz nie obwisa, jest napięta, a spojrzenie nie traci na ostrości. Fotografując ich mam poczucie, że robię coś niewłaściwego. Ale oni się nie przejmują i najwyraźniej nie podziejają tych moich wątpliwości.

stara kobieta z Kathmandu

***

Większość bardzo malutkich dzieci płci obojga ma mocno podmalowane czarną kredką oczy. Pytałam kilkakrotnie, dlaczego, odpowiedzi było wiele, każda inna. Ponoć jest to „bardzo zdrowe” jak również „oczy się otwierają” i chroni to przed owadami.

dzieciaki pod Svayambhu

Gdy już wracamy do Kathmandu, do siatki przy szosie, którą idziemy, podbiega mnóstwo dzieciaków. Chcą zdjęcie i cukierki. Przechodzą przez siatkę, obstępują nas. Pytają o imię, skąd jesteśmy, śmieją się. Są piękne. Rozdaję te londyńskie, owocowe cukierasy, które spotykają się z dużym dziecięcym uznaniem, a ja mam wreszcie lekki plecak.

 
1 , 2