Blog > Komentarze do wpisu
17 lutego 2011, czwartek. Sanchi, Bhopal (Mathya Pradesh)

Dzień, którego spokojnie mogłoby nie być. Obwożone taksówką po owszem, interesującym Sanchi, ale wszystko to jakieś takie w cieniu tej potwornej nocy, a poza tym dzisiejsze miejsca można by w godzinę zwiedzić i spadać.

bawoły, którym się też nie wiedzie najlepiej

W ogóle obie jesteśmy najbardziej chyba zmęczone wszechobecnym brudem – i to straszliwym, wiekowym, obecnym na twarzach dzieci, wgryzionym na stałe – a może wrośniętym - w zmarszczki mimiczne dorosłych, widocznym na białych (najczęściej spotykanych) koszulach i spodniach Hindusów... Brudno jest w hotelach, zupełnie niezależnie od ich ceny, brudne są kuchnie, gdzie wszystko się lepi, kible, których dziw, że muchy nie przenoszą z miejsca na miejsce. Na wczorajszym dworcu w Satnie brudny kelner napełnił czajem, brudne, używane JEDNORAZOWE kubeczki papierowe i poszedł je sprzedać pasażerom. Na myśl o tym, że z ochotą piłam taki czaj, zrobiło mi się słabo. Wszędzie karaluchy, wszędzie śmierdzi moczem. Brud nie jest z dziś ani sprzed tygodnia. To nigdy nie myte łazienki w pięciogwiazdkowych hotelach, nigdy nie sprzątnięte rozlane oleje czy inne ciecze w kuchniach i ubrania prane, ale na pewno nie w tym miesiącu. Wbrew pozorom, nie dotyczy to wcale wyłącznie najbiedniejszych. Bogato zdobione sari zamożnych kobiet i drogie, europejskie ubrania, do których nosi się złote zegarki są czasem aż lepkie. Najwyraźniej brud jest tu czymś zupełnie oczywistym i nikomu nie przeszkadza.

***

stupa w Sanchi

W Sanchi stoi przepiękna buddyjska stupa z czasów Aśoki, której urok pewnie bardziej bym doceniła, gdybym była wyspana, i gdyby kierowca nie gonił nas tak bezlitośnie.

sanchi - stupa brama stupy

Rzeźby są tak misterne że czasem aż się zawieszam patrząc na te ornamenty. Koło stupy pasą się króliki. Rzecz jasna, zostawiam antyczną stupę i lezę do głupich królików. Cała ja.

 buddyjski królik:-)

Następny przystanek to zespół rzeźb w skale (niestety nie zapisałam nazwy tego kompleksu i teraz nie mogę sobie jej przypomnieć), bardzo zniszczonych ale i tak imponujących. Wiśnu, Ganeśa i Lakśmi, tylu ich zdołałam zidentyfikować.

ganeśa w skale1  

Oprowadza nas nie mówiący po angielsku przewodnik-nie przewodnik  – znów po prostu „Gość, Który Podszedł”. Mówi coś, z czego wyławiamy tylko czasem imiona bogów i nic więcej, ale jego gorliwość wskazuje, że będzie chciał pieniądze, więc robię się nerwowa i nie mogę jakoś się rozkoszować w pełni tym miejscem, tylko biegam za nim po skałkach. Ale Ada, zdolna dziewczyna, grzecznie dziękuje po skończonej prezentacji – o którą żadna z nas nie prosiła – i odchodzi, co o dziwo, skutkuje. W sumie może i facet był rzeczywistym pracownikiem owego miejsca. Zła jestem sama na siebie, bo znów w usiłowaniu zadowolenia całego świata mało, że nie zadowalam nikogo, to jeszcze rozwijam w sobie jakieś bezsensowne fobie. Co mnie w zasadzie obchodzi, czy ktoś będzie chciał ode mnie pieniędzy, czy nie, skoro i tak ich nie mam, a nikomu żadnych nie obiecywałam...?

Wisznu we wcieleniu dzika

I na tym kończą się warte obejrzenia miejsca. Kierowca wiezie nas do Bhopalu, który jest miastem brzydkim i budzącym we mnie tęsknotę za kolejnym pociągiem, byle dalej stąd. Kojarzy mi się trochę z jakimiś Gliwicami, trochę z Ostravą czy Havirovem – nic starego, ale też nie nowocześnie, gdyby nie to, że to Indie, to bym powiedziała „wybudowane za Stalina”. Jęczę, żem głodna i jest to duży błąd. Kierowca zawozi mnie do restauracji, które chyba jest najdroższa w dystrykcie. Chcę zjeść cokolwiek, a muszę wywalić 500 Rs, czego w planie nie było.



Adzie znow wariuje żołądek, więc nie chce ze mną siedzieć w restauracji i mimo oczywistej brzydoty tego miejsca idzie połazić. Znalazła miejscowy supermarket, do którego weszła i opowiada potem: wejście obstawione, tam dochodziło do pierwszej selekcji, po prostu „nieodpowiedni” klienci nie zostawali wpuszczani. Musiała też pokazać, co ma w torbie przed zakupami. W sklepie cały czas łaził za nią strażnik, informując ją na temat każdego towaru, przy którym się zatrzymała (swoją drogą – co za praca, mówić klientom, że to jest mąka, a to – ziemniak). Potem do kasy, później sprawdzano, czy to, co ma w koszyku zgadza się z rachunkiem i ostatnia kontrola torby – przy wyjściu. Do tego asortyment sklepu był dość ubogi, więc kompletnie nie wiemy, z czego wynikały te wszystkie środki ostrożności. Zastanawiamy się, czy naprawdę takie tu złodziejstwo, czy chodzi raczej o miejsca pracy dla kolejnych kilku osób. Chyba raczej to drugie, bo ja, kupując ciasteczka,  obsługiwana byłam przez 7 (siedmiu!) pracowników: czterech przy samych ciastkach, następnie musiałam wziąć wypisany kwit, z którym poszłam do kasy, tam gość wprowadził dane do komputera (przysięgam, że nie kupowałam żadnej nieruchomości) zainkasował pieniądze, inny przystawił pieczątkę, jeszcze kolejny oddarł kupon z rachunku i z tymże mogłam dopiero wrócić do lady i odebrać swoje biedne ciasteczka.

W każdym razie opuszczamy Bhopal z radością. Jedziemy do Radżastanu, gdzie nie czekają na nas raczej żadne zabytki, ale za to dużo kolorów i pięknych – ponoć – ludzi i strojów. Chcemy się tym nacieszyć.

W pciągu mam chyba najgorsze z możliwych miejsce, środkową półkę. Nie da się tam usiąść, można jedynie leżeć, więc leżę, niewyspana po ostatniej nocy w pociągu, i na przemian to budzę się, to zasypiam, chodzę palić do śmierdzącego kibla i jakoś ta podróż zlatuje.

my:-)



czwartek, 09 czerwca 2011, bergitka

Polecane wpisy