Blog > Komentarze do wpisu
15 lutego 2011, wtorek. Khajuraho (Madhya Pradesh), hotel Harmony.

Wysiadamy w Khajuraho. Marzę o kawie i chyba nie myślę o niczym więcej. Bardzo czysty dworzec, czyste przydworcowe ulice, nie ma w ogóle żebrzących. What the fuck?!

Nikt na nas nie czeka, wychodzimy więc rozprostować kości. Oganiamy się trochę od taksówkarzy, z których każdy chce nas wieźć już do konkretnego hotelu. Mówimy im, że dzięki, że mamy już i taksówkę („to czemu nie jedziecie, jak macie?” – no, fakt) i hotel; gdy mówimy, jaki, mówią: „o, to macie najlepszy”. Zupełnie odwrotnie byłoby w Europie. Na pewno dowiedziałybyśmy się, że mamy najgorszy i żeby jednak jechać do tego, do którego oni nas zawiozą. Czasem nie rozumiem, jak tu funkcjonuje biznes.

W końcu Ada dzwoni do hotelu i taxi się pojawia.  Zaczynam się dziwnie czuć. Cała ta czystość i ulice wymiecione z ubogich budzą moje podejrzenia. To bardzo turystyczne miasteczko, przyjechałyśmy tu po prostu zostawić pieniądze i to założenie jest bardzo wyraźne. A ja wciąż chcę zobaczyć Indie od innej strony, tak, jak i Ada, więc gdzie tylko się da, pchamy się tam, gdzie nas nikt nie zaprasza, w wąskie uliczki, targowiska not-for-tourist, między psy i kozy, choć i tak nie mamy szansy wtopienia się w tło z naszymi twarzami.

klientka sklepu w Khajuraho

Hotel również czysty, super elegancki – jeszcze takiego nie miałyśmy. Fajnie, tyle, że przy następnej wyprawie zrobię wszystko, żeby mieszkać, jeśli będzie to możliwe, u ludzi. W każdym hotelu jesteśmy bardzo dokładnie spisywane. Wolę nie zastanawiać się, jaki jest tego cel, w każdym razie wszędzie muszę podać nr wizy, z jakiego miasta teraz przyjechałam i dokąd pojadę, oczywiście adres w Londynie, zawód... również legitymuje się nas, gdy korzystamy z "publicznego" internetu. Dlaczego tak? nie wiem.

Doprowadzamy się do ładu, piję kawę. Wychodzimy z hotelu i zaczyna się piekiełko - miejscowi obstępują nas i ciągną, każdy do swojego sklepiku, kramu, stoiska, rikszy... Nie musisz kupować, tylko popatrz. Ale rozkładam przed tobą wszystkie swoje towary, poświęcam ci czas, więc jeśli nic nie kupisz – to afront.

widok na świątynię

Co rusz przykleja się do nas ktoś i po prostu z nami lub za nami idzie, choć mówimy, że chcemy być same. Ludzie jednak nie rozumieją lub udają, że nie rozumieją. Ledwo udaje nam się pozbyć dwóch młodych kolesi (musiałyśmy uciec), pojawia się kolejny, któremu również klarujemy, że nie chcemy towarzystwa. Ale on twardo idzie z nami, chce nam pokazać świątynie. Po to tu przyjechałyśmy, prawda? To on będzie naszym przewodnikiem, nie, nie chce pieniędzy. A czego chce? Niczego. Zupełnie. Pokaż nam więc, gdzie są świątynie, ale CHCEMY BYĆ SAME! Tracę cierpliwość szybciej niż Ada (ona w ogóle raczej jej nie traci), czuję się osaczona i chyba zaczynam być niegrzeczna, bo znów musimy przechodzić przez serię pytań, która zawsze jest taka sama: imię, skąd jesteśmy, gdzie byłyśmy w Indiach, ile jeszcze będziemy i czy się nam podobało. No, i czy mamy mężów, dzieci? Tu dochodzi jednak nowy element, mianowicie: czy przyjechałyśmy do Khajuraho studiować tantra-jogę? Bo on może być naszym nauczycielem. Przecież wszyscy turyści przyjeżdżają tu jako do stolicy tantra-jogi. Przedstawia nam ową ofertę jak każdą inną, nie mrugnąwszy nawet okiem.

płaskorzeźby czyli tantra-joga w sztuce2

Ma bardzo szczególną urodę, jak na Hindusa – mocno skręcone włosy, dość negroidalne rysy twarzy, krótki i perkaty nosek. Pytamy go, czy jest żonaty, bo ma spokojnie 30 lat lub więcej, ale o dziwo, nie jest, o czym mówi z uśmiechem, choć to nieszczęście w tej części świata.

wioska koło Khajuraho

Próbujemy się jakoś wykręcić od towarzystwa, idziemy szybko, kluczymy po wioskach, do których chyba jeszcze żaden turysta nie zajrzał – nie żałuję. Wioski, w odróżnieniu od odpicowanego miasta, są bardzo ubogie.

studnia we wsi przy studni

Miejscowi patrzą na nas z niekłamanym zdziwieniem, dzieci tłoczą się i wraz z Arunem gonią za nami, choć ten ostatni jest długodystansowcem, niestety. Pierwsza „świątynia”, którą zaoferował się nam pokazać, okazuje się domowym ołtarzem w czyimś domu w jednej z wiosek.

jedna z licznych świątyń

Z każdej strony na horyzoncie widać świątynie z piaskowca (jest ich tu ponad 20), choć niektóre z nich są dostępne tylko po zakupie biletu wstępu, a tego, rzecz jasna, nie zamierzamy robić. Arun jednak nadal trwa w zamiarze pokazania nam wszystkich świątyń Khajuraho. Zawieramy z nim umowę – pokaże nam świątynie i rozstaniemy się. Po drodze dołącza do nas kolega, młody chłopak, Golu, i odtąd chcąc nie chcąc, ciągniemy razem. Widać już, że się szybko nie uwolnimy.

szpital koło Khajuraho...

Nie mogę się pozbyć wrażenia, że panowie dogadali sobie podział zadań, bo Arun gada do Ady, a mi Golu nawija makaron na uszy. Pyta mnie o wiek, więc z satysfacją odpowiadam, że mam 38 lat, bo dzieciak ma niewiele ponad 18 – próżne jednak moje nadzieje. Dowiaduję się, że jemu różnica wieku nie przeszkadza! W czym, kurwa, nie przeszkadza??? Ponieważ nadal nie wiem, jaki w Indiach jest status gejów i lesbijek, nie wychylam się z główną informacją, która zapewne i pomogłaby się ich pozbyć, ale może też i zawiodła do miejscowego pierdla, a ze mną nie daj boże bogu ducha winną Adę. Zresztą niebawem mija nas gość na rowerze, a Arun dzieli się z nami poufną informacją, że to gej właśnie. Próbuję się dopytać, czy to tu karalne, czy facet ma kłopoty, ale dostaję jedynie enigmatyczne stwierdzenie, że „It’s not good in India”, co może znaczyć dokładnie wszystko.

Gadają bezustannie, jesteśmy wymęczone. Hindusi kompletnie nie rozumieją potrzeby izolacji, co tam, spokoju nawet, ciszy, milczenia. „Chcesz medytować – to idź do świątyni” – słyszymy. Najwyraźniej tu samotność – to przekleństwo i nikt nie wyobraża sobie, że można być samotnym z własnej woli. Oferując nam więc towarzystwo dają nam to, co w ich rozumieniu świata jest niezbędne. Ja jednak, skażona zachodnim izolatorstwem, nie potrafię tego docenić, a rozdrażnienie przechodzi w hamowaną z trudem wściekłość.

rzeźby w świątyni

Tak więc, gdy w którejś z kolei świątyni mówimy im z całym zdecydowaniem, na które nas stać, że chcemy zostać same – rozumieją w końcu, lecz... obrażają się. I to bardzo. Szli przecież z nami taki kawał, poświęcili tyle czasu, a my ich teraz odsyłamy! A więc na pewno jesteśmy na nich złe, co takiego zrobili? Nie lubimy ich, a może nie lubimy „czarnych”? Od tego steku bzdur puchnie głowa i zostaje przykry niesmak, jakbyśmy naprawdę ich wykorzystały i odtrąciły. Ale wreszcie, nareszcie, siadam spokojnie pod świątynią i mogę posłuchać własnego oddechu...

wreszcie sama

Świątynie są naprawdę imponujące. Wszystkie w podobnym stylu, od góry do dołu pokryte przepięknymi płaskorzeźbami wyobrażającymi sceny z Kamasutry.

płaskorzeźby czyli tantra-joga w sztuce

Większość z nich jest bardzo śmiała, wcale też nie ograniczają się do tradycyjnych, męsko – damskich konfiguracji. Czasem jest to dwóch mężczyzn, często całe mieszane grupy. Z pewnym zdziwieniem odkrywam w jednej z nich nawet... konia, wykorzystanego, że się tak wyrażę, dość kompleksowo.

koń też człowiek

Wracamy więc same, pełne wyrzutów sumienia. Usiłujemy rozszyfrować zagadkę prawdziwych intencji Aruna i Golu. Możliwości jest niemało, ale pewnie i tak nigdy nie dowiemy się prawdy, możemy sobie tylko spekulować.

W drodze powrotnej wcale nie jest lepiej. Wciąż ktoś nas ciągnie do swego kramiku, tym bardziej, że nie mamy już towarzystwa, które, jakkolwiek uciążliwe, chroniło nas jednak przed natarczywością kupców. W mieście Ada idzie oglądać srebro, które okazuje się być oszukane.

Posrebrzane wyroby, albo ze srebra 520 czy 250 – co widać gołym okiem nawet takiego laika, jak ja – wszystkie opatrzone są próbą 925! Dopiero gdy Ada mówi ostro: THAT’S NOT SILVER, sprzedawca niechętnie przyznaje, że chyba nie, ale nadal „nie wie dlaczego” jego wyroby opatrzone są nieprawdziwą próbą. Mi natychmiast przechodzi chęć do kupowania czegokolwiek. Rozumiem wszystkie handlowe tricki, zabiegi mające na celu zjednanie sobie klienta, ale takie prymitywne oszustwo po prostu jest obraźliwe. Twardo postanawiam sobie kupować tylko to, czego sfałszować się nie da, i wyławiam w jednym z kramików pięknego, kamiennego, ażurowego słonika, we wnętrzu którego jest drugi, mniejszy. Nierówności i rysy na kamieniu wskazują na ręczną robotę, a słonie w ogóle są „moimi” zwierzętami. Dla ojca kupuję jeszcze dwie talie kart z figurami ze świątyń, choć nie wiem wcale, czy gra jeszcze w karty. Obie też zaopatrzamy się w mapę Indii. Sprzedający początkowo chce nam ją wcisnąć za 150 Rs, stopniowo jednak schodzi do 15. Po dokładniejszym obejrzeniu odkrywamy, że to mapa z agencji turystycznej, przeznaczona do bezpłatnej dystrybucji, ale co tam.

Wychodzimy z jednego sklepu – podbiega znów kilku sprzedawców: byłyśmy u tamtego w sklepie, czemu nie chcemy wejść i do nich? To nie w porządku! Łamiemy im serca – czy chcemy, by ktoś złamał i nasze? To nic, że nie mamy pieniędzy, o pieniądze im nie chodzi, tylko o to, byśmy obejrzały ich towar, itp, itd... To, co na początku mnie śmieszyło, teraz zaczyna już naprawdę drażnić. Wiem, że moje próby wyjaśnienia, że nie jestem jedną z zamożnych turystek z zachodu nie byłyby w ogóle zrozumiane, więc tylko uśmiecham się głupkowato i łżę jak pies, że później, że za godzinę... głupia jestem, przecież każdy z nich zapamięta dziewczynę z białą twarzą i dreadami, rozliczą mnie niewątpliwie z tej „godziny”.

Tuż obok płatnego areału z zapewne najlepiej zachowanymi świątyniami jest masa wolno stojących, a jak dla mnie, wcale swą urodą nie ustępujących tamtym. Jest i świątynia "mojego" Ganeśy, zupełnie pusta. Wchodzę tam na chwilę, choć robi się już chłodno i mniej chętnie ściągam buty i w tej tempetaturze. W środku śmierdzi moczem, jak w większości indyjskich świątyń, ale komu by to przeszkadzało. Choć nigdy pewnie nie przestanę się zastanawiać, czy to ludzkie, czy zwierzęce siuśki. Ta świątynia jest dużo skromniejsza, może dlatego też nikogo w niej nie ma. Oprócz Ganeśy i mnie.

w gościach u Ganeśy

Po kilku godzinach znów spotykamy Aruna. Znów tłumaczenie, znów brak zrozumienia... Golu z nim, na szczęście, nie ma, a Arun wyraźnie ciągnie do Ady, co wcale nie znaczy, że ja mam spokój.

Arun&Ada

Ciągnie nas na czaj, który mamy z nim wypić na znak przyjaźni, on niczego nie żąda ponad tę przyjaźń właśnie. Ma dużo pieniędzy, ma pracę. Pytamy, po co mu przyjaźń z kimś, kogo widzi po raz pierwszy i pewnie ostatni w życiu. Ada klaruje mu, czym dla niej jest przyjaźń, że to proces, długotrwały, wymagający wielu prób. Arun jest gotów każdej z nich się poddać, natychmiast. Udaje się nam odmówić owego czaju, ale znów jesteśmy te złe i znów „na pewno go nie lubimy”. Gdy tylko Ada wychodzi wieczorem po papier toaletowy, zostaje jednak na rzeczony czaj zaciągnięta, bo Arun... czekał przed hotelem.

dziewczynka w Khajuraho

W jednej z wiosek spotykamy dziecko, które koniecznie chce wymienić na rupie... banknot 10-złotowy. Dzieci, niezależnie od wieku, niestety są równie namolne, co dorośli, i choć na początku nie potrafiłam nie odpowiedzieć dziecku, to po pewnym czasie olewam również je i także z tego powodu mam niesmak. Zdaje się, że są uczone przez dorosłych, jak rozmawiać z cudoziemcami, uczone, by prosić o prezenty, bo robią to już w pierwszym zdaniu. Wygląda to mniej więcej tak: „Hello, madam! Which coutry? Poland - beautiful (jednak „beautiful” okazuje się również być Macedonia, Lumbago i Embargo)! Have a chocolate? candy? pen? rupee? have ANYTHING?” ...i nie są to wcale te najbiedniejsze dzieci, z lepianek, ale na przykład chłopiec w mundurku i z tornistrem. Nie jest łatwo nabrać do tego dystansu, bardzo za to łatwo nabrać chorego i nieuzasadnionego poczucia wyższości. Wiem, że wielu moich znajomych po raz kolejny pierdoliłoby mi o wyższości białej rasy, więc już teraz robię selekcję tego, o czym będę opowiadać, a co przemilczę. Wszystko to smutne, a dla samych dzieci - nie rokuje dobrze na przyszłość. Kim się staną? Kolejnymi Hindusami, proszącymi uniżenie „sir” czy „madam”, by weszli do jego sklepu, i tylko popatrzyli...



wtorek, 17 maja 2011, bergitka

Polecane wpisy