Blog > Komentarze do wpisu
14 lutego 2011, poniedziałek. Varanasi.

śpiący nad Gangesem

Budzę się wcześnie, to ostatni dzień w tym miejscu, a ja nie chcę wyjeżdżać. Na brzegu Gangesu śpi sporo ludzi, lecz jogini już się obudzili. Święta rzeka wydaje się spokojna, a przecież ma tak silny nurt.

 poranny jogin

Ruszamy nad Ganges, popatrzeć na pracę praczy. Nie ma jeszcze turystów, tylko pracujący Hindusi. Tu, inaczej niż w Europie, nikt nie czuje się obrażony ani nagabywany, gdy się przystaje i na niego patrzy. Również miejscowi oglądają nas, jak tylko chcą.

córeczka pracza

Pracze stoją po kolana w wodzie, tłuką kijami w sztuki bielizny. Są chudzi i żylaści. Piorą duże sztuki, głównie pościele z hoteli. Nie wygląda, by ktoś zżymał się na ciężką pracę, jaką musi wykonywać (wręcz zdaje się, że jej posiadanie to tu błogosławieństwo). Pokora czy rezygnacja? Czy w tak skrajnie trudnych warunkach życiowych należy jeszcze walczyć o poprawę losu, czy lepiej pogodzić się z nim i starać się po prostu przeżyć życie najlepiej, jak się potrafi? Zdaje się, że biedni w Indiach wybierają tę drugą opcję, w przekonaniu, że pokorne znoszenie tego, co życie im przynosi, to lepsza karma, lepsze następne wcielenie. Więc również „pracują” na swą przyszłość, choć nie po europejsku pojmowaną, odleglejszą...

pracz

Stary, zgarbiony pracz przynosi na plecach do hotelu tobół z bielizną pościelową. Jest czysta i poskładana. Każdą z nich wyjmuje, wygładza, skrupulatnie liczy.

Idziemy jeszcze pożegnać się z „naszym” sadhu, którzy dziś już nie rozmawia, milczy, o czym uprzedził nas wczoraj. Jednak i na migi można się z nim całkiem przyzwoicie porozumieć. Na czole ma wymalowany trójząb Śiwy, którego wczoraj, gdy mógł rozmawiać, nie miał. Stajemy do fotki w najgorszym możliwym stylu:-)

zbiorowka z 'naszym' joginem

Wypijam w nadbrzeżnej budce kawę, sikowatą, jak tradycja każe. Muszę kupić rozpuszczalną kawę – moja się prawie skończyła, a to jedna z niewielu rzeczy, bez których nie funkcjonuję. Czy jednak naprawdę „niewielu”? lubię o sobie myśleć jako o kimś o niedużych potrzebach, ale to, co obserwuję teraz wokół siebie, weryfikuje, niestety, to, jak na siebie patrzę. W rzeczywistości jestem i przywiązana do rzeczy, i roszczeniowa, i wcale tak dobrze nie umiem zadowalać się małym. Czy umiałabym wieść takie życie, wiedząc, że nie mam gdzieś, w innej rzeczywistości, bezpiecznej przystani? Wracając do kawy – łażę po kramikach, szukam czegoś w miarę zbliżonego do znanej mi wersji kawy rozpuszczalnej. Tu jednak znajduję tylko dwa jej rodzaje, w tym jedna otwarcie przyznająca się do 50% zawartości cykorii (i chyba tę zawsze serwują restauracje), druga to czarna Nesca, w której o cykorii nie ma mowy, ale mi się zdaje, że ją wyczuwam, a poza tym nigdy jej nie lubiłam. Kawowa hrabina, szlag. W końcu kupuję parędziesiąt kawowych „jednorazówek” i obiecuję sobie solennie, że na następny wyjazd wyposażę się staranniej.

Kolejny sadhu zatrzymuje się naprzeciwko nas, z uśmiechem czeka, aż Ada zrobi mu zdjęcie i z tym samym uśmiechem odchodzi, nie żądając pieniędzy.

sadhu nad Gangesem

Mieszkańcy żują betel – miejscowa nazwa to ‘paan’. Próbujemy się dowiedzieć, czy  jest tu legalny, ale otrzymujemy różne informacje. Chyba nie jest, choć wszyscy mówią nam, że Varanasi to stolica owego ‘paan’, w skład którego prócz liścia betelu wchodzi jakieś biały proszek, który nie wiem, czym jest, prawdopodobnie wapniem. Przeżuwacze mają piękne, cynobrowe uzębienie, a wszystkie ściany w mieście są do wysokości pół metra zaplute na czerwono. Nie mam jasności, na ile to używka o działaniu pobudzającym a na ile odświeżacz oddechu. Bez wątpienia jednak te czerwone zęby i ściany to miejscowy znak firmowy.

O 900 przyjeżdża po nas tuk-tuk; jedziemy obejrzeć przed wyjazdem kilka świątyń. Najpierw wjeżdżamy na teren uniwersytetu Yaśi Hindu Viśvavidyalay, gdzie pożeram coś na szybko. Nasz kierowca strasznie nas pogania i jedzenie staje mi w gardle. Do Viśvanath Temple na terenie Uniwersytetu nie wchodzimy, widzimy ją tylko, przejeżdżając.

Gnamy do Świątyni Hanumana, dość sympatycznego boga o głowie małpy i muskularnym, acz nieproporcjonalnym ciele atlety. Nie jest tak popularny, jak Ganeśa, ale również ma wielu wyznawców. Próbuję uporządkować sobie w głowie tę "jedność w wielości" (każdy Hindus mówi twardo, że bóg jest tylko jeden), ale zdaje się, że to przekracza moje zdolności. Całej tej historii z chrześcijańską trójcą też nigdy nie rozumiałam.

Hanuman Mandir

Przed nami jedzie sfatygowana półciężarówka, wioząca krowie truchło. Nasz kierowca opowiada o ludziach, których profesją jest uprzątanie padłych zwierząt - na pewno z kasty nietykalnych, najniższej. Ale krowa jest z wielkim szacunkiem okryta kocykiem, widać wyraźnie, że nie jest tylko kawałem mięcha dla tych, którzy ją wiozą.

krowa w ostatniej podrozy

Następna jest świątynia Durgi, cała pomalowana na czerwono olejnicą. Zakaz fotografowania. Dostajemy – nie za darmo, oczywiście – błogosławieństwo od sadhu. Zawiązuje mi na przegubie czarny, nylonowy sznurek, niemiłosiernie go zaciskając. Sznurek jest śliski i rozplątuje się, gdy tylko go poluźniam, szybko też gdzieś go gubię.

W Sarnath - stupa Dhamekh z czasów Aśoki (czyli z III w. p.n.e. – czy to możliwe???), która powstała na miejscu pierwszego kazania Buddy. Jest ceglana, do innymi znanych mi stup zupełnie niepodobna.

stupa z III w. p. n. e.

Potem jeszcze jaińska świątynia i muzeum. Ten pośpiech mnie drażni, wolałabym móc spędzić trochę czasu przynajmniej w niektórych z tych miejsc, no, ale pociąg mamy dziś wcześnie i trzeba na niego zdążyć.

świątynia jaińska

W najciekawszej ze świątyń, Świątyni Małp, również nie wolno robić zdjęć. Znów wszędzie małpy, iskające się wzajemnie, robiące miny, śpiące... cudowne. Młode małpy wyglądają jak zmniejszeni staruszkowie, z tymi swoimi mądrymi oczyma i łysymi głowami.

***

Biegiem nad Ganges, żegnamy się z tym miejscem. Obie nie miałbyśmy nic przeciwko jeszcze kilku dniom tutaj... Pokochałam Varanasi i na pewno tu wrócę, choć pewnie o kilka rzeczy mądrzejsza.

ganges rano

A teraz, siedząc w pociągu do Khajuraho, myślimy, jak przeżyć noc w symbiozie z karaluchami, których  wyjątkowo dużo jest w tym pociągu, a mnie te istoty przerażają. Postanawiamy kupić w najbliższym mieście jakiś antykaraluszy sprej, teraz nic innego nam nie pozostaje, niż udawanie, że nic po nas nie chodzi. Ada rejestruje też jakieś myszy, tych jednak się przynajmniej nie boję, więc udaję kozaczkę i próbuję ją uspokoić, ze średnim skutkiem, bo sama wciąż czuję na sobie małe, owadzie nóżki. Wuja Burroughs miałby tu coś do powiedzenia.



piątek, 13 maja 2011, bergitka

Polecane wpisy