Blog > Komentarze do wpisu
13 lutego 2011, niedziela. Varanasi (Uttar Pradesh), hotel Ajaj Guest House

Jestem jednak cholernie europejska, zafiksowana na te wszystkie higieniczne rytuały, na czystość, może nawet przesadną. Wykąpałam się, już w nocy, po przybyciu do hotelu i uznaję to za dotychczasowe najbardziej zmysłowe indyjskie przeżycie;-)

A przedtem – droga z Mugal Sarai przez nocne Varanasi. To pora roku, która ponoć sprzyja ślubom (Sarasvati) i to widać - mijamy kilka orszaków weselnych.

orszak weselny nocą

Są nieprawdopodobnie kolorowe, głośne i kakofoniczne. Bije się w bębny, grzechocze kołatkami i czym się da, dużo dzwoneczków. Uczestnicy orszaku niosą na głowach coś, co – nie mogę uwolnić się od tego skojarzenia – wygląda, jak wyniesione z domu żyrandole. Radość na twarzach nie wygląda na sztuczną, choć we mnie rodzi się pytanie, z czego cieszą się ludzie, którym „od dziś” nakazano dzielić mieszkanie, płodzić dzieci i ogólnie rzecz biorąc prawie się nie rozstawać, mimo, że widzą się po raz pierwszy w życiu. Ja tam byłabym przerażona.

Brak więzi pomiędzy małżonkami, szczególnie młodymi, jest bardzo widoczna. To raczej nie z indyjskich norm obyczajowych wynika fakt, że nie widać na ulicy już nie mówię: tulących się, ale nawet trzymających za ręce par. Młoda kobieta idzie grzecznie u boku młodego (lub nie) faceta, jej twarz nie wyraża raczej niczego. Ot, mają razem ciągnąć ten wóz, to i go ciągną. Jeśli biega pomiędzy nimi dziecko, wtedy faktycznie ta łączność wydaje się być większa. Wspólnie zajmują się małym, rozmawiają z nim, a więc i ze sobą. Zaczynam pojmować, dlaczego parom, które są bezdzietne, wolno się rozwieść (a raczej mężczyźnie oddalić kobietę) – przewiduje się, że więź nigdy się nie narodzi.

varanaska krowa

Poza tym, mimo późnej nocy (jest grubo po północy) ludzi na ulicach jest multum. Otwarte kramiki – walące się budki, a może jednocześnie mieszkania? Bardzo dużo krów, ale wcale źle nie wyglądają. Zapadnięte boki znikły wraz z wiejskim krajobrazem Biharu, tu najwidoczniej zwierzaki mają czym się żywić. Krowy grzebią w stosach odpadków i wyglądają na szczęśliwe.

psiejstwo z Varanasi

Psów, jak wszędzie, też cała masa i wciąż to te same, żółte i białe, gładkowłose pieski, niestety, często zapchlone tak, że ich ciała poryte są strupami albo nawet bezwłose. Widzę też kilka małych psów innej rasy, białych, długowłosych i zadbanych (pewnie czyichś); mają również namalowany znak trzeciego oka na czołach.

Nasz kierowca (jedziemy zwykłą taksówką, co nie zdarzało się nam dotychczas często) brnie dzielnie przez chaos nocnego miasta, zgodnie z indyjskim kodeksem drogowym nieustannie gniotąc klakson. Wciska się na trzeciego, na piątego... jak się okazuje, jednak nawet w Indiach można przekroczyć granicę. Słyszę potężny huk i okno, przy którym siedzę (chwała Opatrzności, nie opieram o nie głowy, jak mam w zwyczaju) pokrywa się siateczką pęknięć, a tuż przy mojej twarzy materializuje się reflektor niemałej ciężarówki. Taksówkarz wyskakuje z pojazdu, ale nie widać po nim jakiegoś specjalnego stresu. Się popsuło, nad czym tu deliberować. Rozstaje się w zgodzie z kierowcą ciężarówki i jedziemy dalej, ale, o zgrozo, kawałki szkła zaczynają wypadać z owej”pajęczynki” prosto na kolana i resztę mej osoby. „Don’t touch, don’t worries”, powtarza kierowca i pozwala się tylko przesiąść Adzie do przodu, a ja dzięki temu mogę się przesunąć dalej od okna. W pewnym momencie zatrzymuje się, wysiada; jesteśmy zdezorientowane, co dalej – czy jesteśmy już na miejscu? I co to w ogóle za miejsce? My też wysiadamy, podchodzi jakiś dziwny kolo, nawija nam indyjski makaron na uszy, ale po angielsku nie mówi, więc raczej się nie rozumiemy. Taksówkarz oddala się bez słowa a ja po raz pierwszy w tym kraju czuję strach, bo oprócz kola są tu inni faceci i bardzo się nami interesują, pytają jak zawsze o imię, kraj pochodzenia i znów zaczynają z tymi „pięknymi oczami”. Do teraz nie wiem, o co chodziło, taksiarz wraca i jedziemy dalej.

jeden z zaułków wiodących do hotelu

Gdy w końcu docieramy na miejsce, okazuje się, że jeszcze przed nami niezły kawał na piechotę. Faktycznie, Santosh mówił nam, że załatwił hotel tuż nad Gangesem, pewnie nie da się tam dojechać samochodem. Idziemy więc grzecznie za naszym przewodnikiem, choć uliczki, w które przyszło się nam zanurzać, nie budzą mego zaufania (ponoć prowadzi nas skrótami). W porównaniu do nich Pahar Ganj to promenada w kurorcie. Przechodzimy jakimiś ciemnymi bramami, raz w górę, raz w dół, nigdy w życiu nie trafiłybyśmy tam same i nigdy w życiu bez Ady bym tędy nie poszła. Po chyba półgodzinnej drodze jesteśmy przy hotelu Elena (lub Elina, tabliczek jest kilka i wersji nazwy jak widać, też), który pogrążony jest we śnie. Gdy wreszcie udaje się dobudzić recepcjonistę (właściciela?), dowiadujemy się, że będziemy mieszkać w Ajaj, bo tu nie ma miejsc. Jestem już śpiąca i nadal brudna, więc powoli tracę cierpliwość. Wkurza mnie Santosh i jego „relax”, a przede wszystkim nasza głupota – znów widać, że wszystko to mogłyśmy załatwić sobie samodzielnie i pewnie nie tylko finansowo wyszłybyśmy na tym lepiej.

nad ranem

Jednak gdy już w końcu jesteśmy w miejscu przeznaczenia, rozlewa się w moim sercu błogość i przestaję kwękać. Okna hotelu wychodzą wprost na ghaty nad Gangesem. Rzeka w budzącym się poranku jest cicha i spokojna, widać tylko kilka niewyraźnych ludzkich kształtów, śpiących nad brzegiem i wiele przycumowanych, długich łodzi. Nasz pokoik jest wielkości sporej szafy, mieści się w nim tylko duże łóżko i na tym koniec. Czystością również nie grzeszy, ale jest balkon, z którego można, prócz Gangesu, obserwować też liczne, ganiające po gzymsach, małpy. Do świtu niedaleko. Kąpię się i zapadam w krótki, mocny sen.

ghaty nad Gangesem

***

Hindusi lubią moje włosy. Różnie je komentują, ale zawsze chcą dotknąć, zrobić zdjęcie. Kobiety szczególnie się dziwią, one same wczesują olej we włosy, by były miększe i lepiej się rozczesywały, więc ktoś, kto z własnej woli je „kołtuni”, jest dla nich co najmniej dziwny. Ale, zapewne nie chcąc narażać się Śiwie, raczej chwalą niż krytykują. Bardziej przeraża je kolczyk w wardze - często proszą o pokazanie, czy przekłucie jest prawdziwe, na wylot, pytają, czy to mnie boli i widać, że są zszokowane - co mnie już naprawdę dziwi, bo przecież w większości przypadków mają przekłute nosy, a wielkie koła, które w nich niejednokrotnie noszą, są na pewno cięższe, niż moja kropeczka w brodzie.

***

ulica

Poranne Varanasi przeraża. Tłum ludzi na ulicach, oczywiście nie zważający na ciebie w ogóle, klaksony – i wszystko to w skali ponad 3 milionowego miasta. Gdy wydostajemy się z plątaniny naszych przylegających do nadbrzeża Gangesu uliczek na wielką, ruchliwą, główną ulicę, doznaję czegoś w rodzaju ogłuszenia. Pozwalam się popychać, przesuwać, o mało nie wpadam pod dziesiątki aut i motorów. Riksze torują sobie drogę pośród tego wszystkiego i każdy rikszarz chce nas wieźć, więc każdemu musimy odmówić i to po kilka razy, bo raz – nie skutkuje. Nad całokształtem unosi się silna i mocno organiczna woń - to mieszanka wszystkiego: gnijących warzyw, odchodów zwierzęcych i nie tylko, często spotykanych pisuarów (i efektu nigdy nie spotykanych ubikacji dla kobiet), rynsztoka w temperaturze prawie 30 st. C - ale zmiksowana z zapachem kadzideł, przypraw, uformowanych w kolorowe kopce oraz samych ludzi i zwierząt. Dla niektórych może być ten zapach nieznośny, dla mnie jest tylko... charakterystyczny dla Indii. I nie wątpię, że i jego będzie mi brakować.

mieszkaniec Varanasi

Nie wiem, jakim cudem nie gubimy się z Adą. Chcemy dotrzeć na targowisko dla miejscowej ludności, ale jak na razie wciąż motamy się między stoiskami dla turystów. W końcu, zanurzając się w kolejny ciąg krzywych zaułków, udaje nam się znaleźć coś na kształt miejscowego targu – przyprawy, warzywa, ciuchy. Właściciele stoisk zachęcają nas, zapraszają do siebie. Mój numer pt. „palę, więc nie mogę” tu nie działa – do sklepów można spokojnie wchodzić z papierosem, zresztą jak wszędzie. To akurat jest fantastyczne i wiem, że po powrocie będzie mnie od nowa wkurzała niemożność zapalenia przy kawie w knajpie. Daję się naciągnąć na kupno jakichś szali – ponoć jedwabnych, ale rzecz to dyskusyjna – więc znów powiększa mi się pula prezentów. Chłopak z niesamowitą szybkością rozkłada przede mną wciąż nowe i nowe sztuki materiału, więc głupio mi jest mu odmówić, choć zdaję sobie sprawę, że tak to właśnie ma działać – skoro poświęcił mi czas i wysiłek, oczekuje, że mu nie odmówię. Ada śmieje się ze mnie, ona nie ma takich idiotycznych skrupułów, wychodząc z założenia, że skoro o nic nie prosiła, to też nie ma żadnego obowiązku kupować „z grzeczności”. I ma dziewczyna rację, to już nie pierwszy raz jakieś moje wyuczone (albo i wmówione) normy działają na moją niekorzyść. I tak się cieszę, że wykpiłam się trzema szalami; w ruch szły już też inne towary i żeby opuścić kramik, musiałam się z lekka wyrywać.

Jestem zmęczona hałasem i tłumem. Knajpka w zacisznym podwórzu – potwornie brudna – wydaje się wybawieniem. Kilka metrów od stolików siedzą trzy krowy w nastroju filozoficznym, wygrzewając się w słońcu.

knajpiane krówki

Piję kawę w lepiącym się kubku, tradycyjnie już dosypując doń dwie łyżeczki swojej, z którą się nie rozstaję, a której poziom w pojemniku niebezpiecznie się kurczy. Indyjska kawa jest tak słaba, że kolorem przypomina herbatę a smakiem – niczego nie przypomina. Czuć ją cykorią, która, zdaje się, najczęściej jest nie domieszką, lecz głównym składnikiem napoju. Zawsze też muszę długo tłumaczyć, że bez mleka i bez cukru, co jest dla miejscowych na tyle niezrozumiałe, że zdarza się mi się dostawać mimo wszystko kawę z jednym lub drugim.

kąpiel w Gangesie 

Dopiero po południu udaje się nam odnaleźć drogę nad Ganges i od razu żałuję, że nie poszłam tam od razu rano. Klimat jest niesamowity. Chętnie bym się wykąpała w Gangesie, jakby nie było, taka kąpiel zmywa wszystkie złe uczynki z tego i poprzednich wcieleń. Jednak chyba będę musiała swoją karmę próbować zmienić w inny sposób, bo Ganges nie dla mojej odporności, obawiam się. Chyba nawet nie dla odporności zdrowego Europejczyka.

kąpiel w Gangesie

Trafiłyśmy akurat na obchody święta Śiwy (w Indiach trudno nie trafić na obchody jakiegoś święta, Hindusi kochają świętować) i odbywają się liczne ceremonie. Kapłani przygotowują się do najważniejszej, odbywającej się po zapadnięciu zmroku. Siedzą w skupieniu, zwróceni twarzą do Gangesu, nie zważając na kłębiący się za ich plecami tłum.

przed ceremonią

Uwagę Ady zwraca grupa joginów, siedząca przy ghatach. Jest ich czterech, a z nimi kilku pomocników (?) i paru turystów. Jeden z sadhu szczególnie przemawia jej do wyobraźni;-) Fakt, że jest przystojny, nie mogę zaprzeczyć, wysoki, bardzo chudy, zdaje się, że to dokładnie typ Ady.

grupa 'naszych' sadhu

Wałęsamy się jeszcze jakiś czas, mogłabym tak wiele godzin, gdyby tylko zostawiono mnie w spokoju - nieustanne proponowanie przejażdżki łodzią, hotelu, ofiarnych kwiatów i wszystkiego innego, czego może pragnąć turysta, choćby o tym nie wiedział - porządnie męczy. Podobnie, jak ciągłe próby zawierania znajomości, które polegają na serii pytań o dane osobowe zakończone prośbą o wspólne zdjęcie/rupię/50 rupii/znów kupno czegoś.



Ceremonię oglądamy od strony rzeki. Dajemy się namówić na wynajęcie łodzi, jak się później okazuje, wraz z grupą ludzi. Panuje już absolutna ciemność, więc zdjęcia nie wychodzą. Nakręcam jakiś nędzny filmik, ale wątpię, żeby oddał nastrój chwili.

Ada na tle obrzędu ku czci Śiwy

Po ceremonii wracamy do joginów. Siedzą niedaleko wejścia do naszego hotelu. „Sadhu Ady” kiwa na nas, zaprasza do siebie – czemu nie, siadamy, rozmawiamy. Ada jest cała rozradowana, ja z jednej strony czuję się zaszczycona, ale pojawia się też coś na kszałt zawodu – jogini są również ludźmi, niestety. Mają niedoskonałości, jak każdy, mylą, się, czytają gazety, palą ganję i... szlugi. Częstuję ich papierosami, ale za trawę dziękuję.

jogin z Adą... ...i ze mną.

Niemniej jednak imponują mi ludzie, który robią tyle w kierunku opanowania i kontroli swoich żądz; jakże odróżnia ich to od Europejczyków. Rozmawiamy o karmie, przeznaczeniu, telefonach komórkowych i lingam-jodze, o której nie wiem zupełnie nic. Dostaję do ręki zdjęcie jogina, który na swym „lingamie” zawiesił potężny kamień – jakoś z niczym, prócz autokastracji, mi się to nie kojarzy. Mam nadzieję, że dla kobiet nie są przewidziane jakieś analogiczne praktyki, w każdym razie, ten dział jogi bez żalu pominę w swoim dalszym życiu.

Żegnamy się i wracamy do hotelu. Pytam jeszcze, ogarnięta współczuciem, czy noce nie są zimne (śpią tam, gdzie siedzą, czyli pod gołym niebem) i wywołuję ogólną wesołość – „jesteśmy przecież joginami”. No,tak.

po skończonym numerku

W hotelu chwilę podglądam onanizującą się małpę (mam nadzieję, że to nie ja tak przypadłam jej do gustu), lecz nie zdążam jej pstryknąć odpowiednio szybko. Kąpię się w zimnej wodzie i odpływam w sen. Ada zanurza się w rytuałach czyszczenia butów i polerowania sreber nie-stołowych - pewnie nieprędko wymięknie.



środa, 04 maja 2011, bergitka

Polecane wpisy