Blog > Komentarze do wpisu
8 lutego 2011, wtorek. Swayambhunat

Światło włączono o 2 w nocy. Udało mi się nawet naładować aparat!

Dziwna rzecz, mam tutaj ciężkie poranki. Zupełnie odwrotnie, niż w Europie, nie mogę wstać z łóżka, mam jakieś cholerne lęki, brak poczucia pewności - czyli wszystko to, co jest moim udziałem w domu wieczorami. Psuje mi to nieco całą zabawę.

Rano słyszymy dobiegające z ulicy dźwięki muzyki, bębny, widzimy szczyty jakichś proporców. Schodzimy na dół, nasz gospodarz mówi nam, że to obchody święta boginii Sarastvati (początek wiosny), które będą się odbywały w całym mieście, ale głównie w Swayambhunat (Świątyni Małp). Idziemy tam.

Najpierw podchodzimy pod dwa klasztory, znajdujące się jeszcze w mieście, jeden z nich jest tybetański, drugi – nepalski.

klasztor tybetański ornament na nepalskim klasztorze

Wciąż nam proponują swe usługi przewodnicy. Zaczepiają nas w najróżniejszych  miejscach i, co ciekawe, każdy z nich ma wizytówkę.

W pierwszym klasztorze, w którym otwarty jest niestety tylko przesionek, a drzwi zamknięte na głucho, zaczepia nas starszy facet, prawdopodobnie naganiacz okolicznego sklepu z thankami. Pyta, czy nie mamy czegoś do jedzenia, bo jeśli tak, to „zaatakują” nas małpy. Oprowadza nas po sporej stupie, stojącej przed klasztorami.

stupa w Kathmandu

W końcu lądujemy w sklepie z thankami, gdzie po chyba godzinnej prezentacji ulegam – kupuję niedużą thankę, taką „na moją kieszeń”. Ta moja jest dużo „uboższa”, niż wielkie, przepiękne thanki za 100 i więcej dolarów (moja kosztuje 20 euro), ale i tak przepełnia mnie radość, że ją mam. Sprzedawca pakuje mi ją w grubą, kartonową tubę, a ja, oczyma duszy, widzę już ją na ścianie londyńskiego mieszkanka.

Gdy już stamtąd odchodzimy, podchodzą do nas dwaj dość młodzi sadhu, robią tilakę na naszych czołach, błogosławią i... od razu podają gotową cenę za usługę: 200 rupii. Niemiejemy. Sadhu robią się nieprzyjemni, podnoszą głos. Ada odpowiada, że o nic ich nie prosiła, a potem zwyczajnie odchodzi - i robi dobrze. Ja idiotycznie grzebię w pieniądzach, chcę ich udobruchać choć 10 rupiami, daję więc jednemu z nich drobny banknot. Drugi natychmiast: „for me!”. Ja odpowiadam, że nie mam, a on mi na to: masz! – i pokazuje na woreczek, do którego przed chwilą schowałam resztę kasy. To już za dużo nawet na mnie, wściekam się w końcu i odchodzę. Naciąganie nie jest tu już dla mnie nowością, ale to była skrajna bezczelność. Takie wydarzenia pozostawiają we mnie cholerny niesmak i rozczarowanie.

świątynia świątynia

 

Nepalczycy naciągają przeważnie z uśmiechem, ale prawdopodobnie zawsze starają się turystę wycyckać. Jako osoby, które codziennie mają co jeść, nawet kilka razy w ciągu dnia, jesteśmy w ich oczach bardzo bogaci. Jeśli im się „numer” nie uda, raczej się nie gniewają i nie obrażają, ale na pewno spróbują znowu. Nawet kierownik naszego hotelu próbował, rozpływając się w uśmiechach, wszyć nas w wyprawę do Bhaktapuru taksówką za 2,5 tys. rupii, twierdząc, że jest to najtańsza możliwa opcja „tylko dla gości”, podczas gdy my załatwiłyśmy sobie wszystko same za mniej niż połowę ceny. Za dowóz z lotniska płaciłyśmy również 500 rupii, a kosztuje to jedynie 200...

przedmieścia Kathmandu

Droga do Swayambhunat wiedzie przez pół miasta – idziemy piechotą. W miarę oddalania się od Thamelu jest coraz ubożej i coraz brudniej. Wielu tragarzy, kilku ludzi grzebiących w śmieciach. Po drodze mijamy zespół niedużych stup, wyglądających dość smętnie i zaniedbanie.

pod Svyambhunat pod Svyambhunat

Wreszcie widać świątynię – wpadam w popłoch, wiedzie do niej chyba z 200 naprawdę stromych schodów (w rzeczywistości jest ich 365, przed wejściem jednak przyjęłam wersję optymistyczną). Budowla góruje, przytłacza, choć zdecydowanie nie w sposób negatywny.

stupa Svayambhunat

Małpy są już na dole, ganiają się, biją, wyrywają ludziom jedzenie. Masa dzieci. Te mniejsze - zawsze na plecach matek, uczepione jej szyi, najczęściej nie podtrzymywane nawet chustą. Nigdy nie widziałam tu dzieci wożonych w wózkach.

Zaczynam się wspinać, pozwalając się wyprzedzać staruszkom:-)

mapły pod Svyambhunat

Jesteśmy już prawie u celu, gdy podchodzi strażnik, wyławiając z tłumu właśnie nas, i żąda zapłaty za wejście. Dla Nepalczyków jest to 50 Rs, dla cudzoziemców – 200. Zapłaciłabym, ale Ada jest zła – w święta jest wstęp wolny, poza tym widać, że większość turystów i wszystkich miejscowych strażnik przepuszczał i zaczepiał tylko wybranych (np. kobiety, bo z nimi łatwiej mu szło). Widę, że Ada się gotuje, próbuję ją ugłaskać, ale bez skutku – mówi, że była tu przy poprzedniej wizycie w Nepalu i teraz nie wejdzie, skoro tak się sprawy mają. Ja owszem, czuję niesprawiedliwość całej sytuacji, ale szkoda mi czasu i energii na przepychanki, nie mówiąc już o aktach ostentacji, i wolałabym już zapłacić i wejść.
W międzyczasie jedna z małp obsikuje z góry kilku pielgrzymów.

Wreszcie udaje mi się uspokoić Adę na tyle, żeby kupić te nieszczęsne bilety i wejść.

małpy w Svyambhunat walka o herbatnik

Małpy, małpy wszędzie. Gdy tylko przysiadam, próbując wyciągnąć herbatnik, podbiega wielki samiec i prawie mi go zabiera. W porę odstrasza go siedzący obok młody chłopak, który strasznie się ze mnie i całej sytuacji śmieje.

Swayambhunat ma wielką moc spełniania życzeń. Wręcz mówi się, że niebezpiecznie wielką. Obchodzę stupę, kręcę młynkami i... zapominam o życzeniu. Cóż, będę musiała tu wrócić.

klasztor buddyjski - wnętrze klasztor buddyjski - wnętrze

W świątyni udaje się nam uczestniczyć w części buddyjskiej ceremonii. Napis przy wejściu głosi, że można wejść i nawet robić zdjęcia. To dla mnie niesamowity zaszczyt. Kilku mnichów to dzieci, może 5 – 9 letnie, które prócz udziału w obrzędach mają za zadanie dbać o porządek – ustawiają buty, zamiatają podłogę i... stopy wchodzących. Jest też wielu naprawdę starych mnichów. Jeden drzemie.

Svyambhunat

***

Fascynują mnie zwłaszcza starzy Nepalczycy. Są naprawdę piękni i pełni dostojeństwa. Starzeją się ładnie, skóra na ich twarzach jest poorana głębokimi zmarszczkami i cienka, lecz nie obwisa, jest napięta, a spojrzenie nie traci na ostrości. Fotografując ich mam poczucie, że robię coś niewłaściwego. Ale oni się nie przejmują i najwyraźniej nie podziejają tych moich wątpliwości.

stara kobieta z Kathmandu

***

Większość bardzo malutkich dzieci płci obojga ma mocno podmalowane czarną kredką oczy. Pytałam kilkakrotnie, dlaczego, odpowiedzi było wiele, każda inna. Ponoć jest to „bardzo zdrowe” jak również „oczy się otwierają” i chroni to przed owadami.

dzieciaki pod Svayambhu

Gdy już wracamy do Kathmandu, do siatki przy szosie, którą idziemy, podbiega mnóstwo dzieciaków. Chcą zdjęcie i cukierki. Przechodzą przez siatkę, obstępują nas. Pytają o imię, skąd jesteśmy, śmieją się. Są piękne. Rozdaję te londyńskie, owocowe cukierasy, które spotykają się z dużym dziecięcym uznaniem, a ja mam wreszcie lekki plecak.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011, bergitka

Polecane wpisy